Afgańska dziwna wojna

Jest decyzja Obamy: Amerykanie doślą do Afganistanu wojsko w nadziei, że posiłki przeważą szalę na korzyść Zachodu i pozwolą zakończyć misję afgańską w ciągu kilkunastu miesięcy.

Częścią tej misji jest kontyngent polski. On też zostanie zwiększony. Tego oczekuje nie tylko Obama, ale i polityczne kierownictwo i dowództwo NATO. Nie tylko od Polski, lecz i innych członków Sojuszu.

Na dziwną wojnę w Afganistanie można patrzeć w trzech wymiarach. Militarnym, politycznym, cywilno-humanitarnym. Wtedy ma się pełniejszy obraz. Nie jestem ekspertem wojskowym. Z tego, co wiem z lektur na ten temat, wojna może być wygrana. Wbrew pesymistom w mediach, wśród polityków, części analityków i znawców Afganistanu.

Jest dziwna, jak każda wojna regularnego wojska z partyzantami. Armia jest uzbrojona po zęby, a partyzanci są uzbrojeni gorzej (choć coraz lepiej) ale mają wiedzę o kraju i poczucie misji, którego nie mają żołnierze zachodni. No i poparcie tubylców tam, gdzie nie czują oni, że ktoś ich chroni i pomaga w sprawach codziennej egzystencji, czyli w znacznej części Afganistanu. Takie wojny mogą się więc ciągnąć w nieskończoność. Partyzantom się nie spieszy, armii NATO jak najbardziej.

Tu wchodzi polityka. Trzeba lawirować między postawionym celem: rozbiciem i wyparciem  partyzantów oraz osiągnięciem przez rząd w Kabulu minimum skuteczności państwowej a spadającymi słupkami poparcia dla misji Zachodu w zachodnich elektoratach, w tym i polskim.

Ale i tu politycy mogą wygrać, a w każdym razie wiele nie stracić, jeśli tylko zaczną rzeczową rozmowę z społeczeństwem o dziwnej wojnie afgańskiej. Trzeba przede wszystkim przekonująco pokazać, że istnieje związek między tym, kto rządzi w Afganistanie i Pakistanie, a bezpieczeństwem Polski odległej od tego, najbardziej dziś zapalnego, regionu o trzy tysiące kilometrów.

Można też wygrać wojnę o ,,umysły i serca” w wymiarze cywilnym. Ale to może i najtrudniejsza kampania, czasochłonna i też kosztowna, a dla wojska dość nietypowa, choć, jak wiemy, uczestniczy ono w niej od dawna i ponoć to pomogło bardzo w stabilizacji Iraku (ale czy można zestawiać Irak z Afganistanem?).

Obama i dowódcy NATO wierzą, że ta kombinacja: znaczne posiłki, kampania przekonywania opinii publicznej, że wyjście z Afganistanu bez osiągnięcia wyraźnej przewagi militarno-politycznej oraz bez zapewnienia Afgańczykom poczucia minimum stabilności, byłoby de facto klęską i rodziło wielkie zagrożenie dla regionu i świata. Cóż, chyba nic lepszego na dziś się nie wymyśli (obawiam się, że Krzysztof Mroziewicz, patrz ,,Opinie” na naszej stronie polityka.pl, i tak uzna mnie za niepoprawnego optymistę)  

W Polsce też, więc trzeba zostać w Afganistanie. Dziwna nie dziwna, lecz jednak nasza to wojna. Może nas drogo kosztować, już kosztuje, ale polskich żołnierzy wysyłały tam władze z demokratyczną legitymacją. Wolałbym, żebyśmy w żadnej wojnie nie uczestniczyli, chyba że dającej się uzasadnić i na nasze siły. Oby taką wojną w dobrej sprawie okazał się ostatecznie Afganistan.    

XXXX

Dyskusję pod poprzednim felietonem o kondycji lewicy, a głównie SLD, traktuję jako skorzystanie z pretekstu, jakim jest ,,plan Napieralskiego”, choć nie to było moim zamierzeniem, tylko pokazanie, że słuszną sprawę – obronę państwa przed pełzającą klerykalizacją (dziś doszła decyzja TK o konstytucyjności wliczania ocen z religii (a to nie jest wiedza o religii, co byłoby OK, tylko katechizacja) – można spartolić, popychając ją w praktyce w przeciwnym kierunku, czyli umacniając status quo, które chce się zmienić. Janek, Parker, Alla – dzięki, uważam podobnie; anuszka – wpis inspirujący, lecz to kwestia prawna (zob. wpis Kartki z podróży), mogę sobie wyobrazić dobrych prawników, którzy to zastrzeżenie obalą. Przypomnę, że nie sugerowałem mechanicznego kopiowania regulacji niemieckiej. Levar, spin doktor, dajcie spokój, to chamskie. Obcy – Radio Marks?! No comments 🙂