Do galerii po parytet

2009/11/20, piątek

W sobotę 21-go ważna akcja społeczna: w świątyniach kapitalizmu masowego zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o parytecie. Jestem za!

Ujęła mnie historia, którą w piątek rano opowiedziała w TOK FM Jackowi Żakowskiemu  profesor Magdalena Środa, jedna z twarzy akcji parytetowej. Otóż Ludka Wujec - z Wujcami znam się jeszcze z czasów opozycji demokratycznej - była najpierw przeciw, a Henryk od razu za. Ale z biegiem czasu sprawę przemyślała i zmieniła zdanie. Teraz jest za i koordynuje akcję. To dobra wiadomość, bo Ludka ma ogromne doświadczenie organizatora, więc akcja powinna przyspieszyć.

Ciekawe dla mnie, że podobnie było z moją żoną: też miała wątpliwości i w końcu jednak przeważyło, że czemu nie spróbować, postawić choćby pierwszy krok i sprawdzić, jaki będzie skutek.
Postawić pierwszy krok ? To znaczy najpierw pomóc akcji parytetowej, a potem, gdyby doszło do uchwalenia jakiejś ustawy, działać na jej podstawie. Ale, dodaje żona, póki polityka pozostaje wciąż domeną mężczyzn, nie oczekuje wiele.

Bo to mężczyźni, ze swoją formacją kulturową i ze swymi przyjaźniami interesami chłopaków z tego czy innego podwórka i boiska, będą mieli decydujący wpływ na kształt ustawy i jej wcielanie w życie. Premier Tusk owszem jest za parytetami, ale we własnej partii, a ile jest kobiet w kierownictwie PO?
   
No tak, myślę sobie, to przecież tylko fragment większej całości: w polskiej polityce i Kościele jak przed wiekami monopol mają mężczyźni. Uformowani w zwykle w typowych polskich rodzinach katolickich, wszystko jedno czy praktykujących czy nie, wszystko jedno lewicowych czy prawicowych, cokolwiek te etykiety oznaczają. To samo z Polkami. Z mlekiem matek wyssały poczucie zależności, jeśli nie niższości wobec mężczyzn. I z takim treningiem weszły w dorosłe życie.
 
Oczywiście, są wyjątki, dziś zwłaszcza w biznesie, od dawna w kulturze, sztuce, edukacji, nauce. Ale masy krytycznej nie ma. A warto, by coś tu drgnęło. Skandynawia spróbowała i po latach prawnej podpórki dla parytetu już nie trzeba. Kobiety działaczki społeczne, polityczne, kobiety ministrowie i prezydenci już nikogo tam nie dziwią. Dziwiłoby by pewnie Skandynawów, gdyby nagle obudzili się w epoce sprzed parytetu.

I gdyby tak jak u nas kobiety w polityce były przede wszystkim po to, by mężczyźni mieli alibi, że żadnej dyskryminacji, żadnego społecznego upośledzenia nie ma: proszę bardzo, mamy kobiety premierów (słownie jedną) i kobiety w rządach i zarządach (chyba że prezesi zmienią zdanie), i kobiety kandydatki na prezydenta (mianowicie kogo?).

To za mało. To jest PR, a nie realna zmiana społeczna na szczeblu kraju. Dlatego jestem za tym, by spróbować wbrew tym kobietom, które są przeciw, bo ich zdaniem to byłby prezent za nic: one na swoją pozycję ciężko pracowały, a następne pokolenie Polek, które by dostało parytety - nie harowało tak jak one, więc to nie fair. Cóż, jest to argument racjonalny, choć mocno podszyty negatywną emocją. Szanuję go, bo szanuję ludzi samosterownych, zdrowo ambitnych i pracowitych. Ale zostanę przy swoim. Tyle że kiedyś były kobiety, które nie chciały praw wyborczych i niewolnice, które lękały się życia w wolności. Czasy się bardzo zmieniły, lecz psychologia nie zawsze.  

TINA Tusk

2009/11/17, wtorek

Niechętnie, bo o tym wszyscy, ale dorzucam kilka słów do bilansu dwulecia rządu Donalda Tuska. Okazuje się, że bilans dwulecia nie jest taki zły, gdzieś tak między trzy z plusem a cztery z minusem. W końcu to polityka polska, w której cieszymy się z tego, że albo ktoś już nie rządzi, albo z tego, że ten, kto rządzi, nie pogarsza rządzeniem kondycji państwa.

Cóż, trzeba z tym żyć w nadziei, że po latach chudych przyjdą tłuste. I dlatego pozycja Platformy i jej lidera jest taka, jaka jest. Na kolana nie rzuca, ale stabilizuje (mimo ostatnich wahnięć) Polskę.

Wielu nie podoba się, że Tusk de facto nie ma alternatywy (,,There Is No Alternative, TINA, to hasło antykapitalistów, u nas mogłoby być mottem antyliberałów modlących się do o upadek Tuska i Platformy, a tu nic).
Taka jest jednak scena polityczna, że TINA Tusk to dziś jej filar. Jak alternatywa się objawi, będziemy się zastanawiać, czy to zmiana na lepsze. Premier Tusk sobie na tę swoją ,,bezalternatywność” zapracował, popełniwszy przy tym błędy, ale żadnego zabójczego. Nie widzę dziś nic specjalnie groźnego, nic pachnącego diabłem autorytaryzmu, w TINIE Tusk. Ataki opozycji tak właśnie ustawiane, by dezawuować Tuska jako zamordystę, teraz w Platformie, a za rok, być może, jeśli wystartuje i wygra, w Pałacu Prezydenckim, dowodzą, że opozycja, PiS i SLD, mimo prężenia retorycznych muskułów, w istocie są bezsilne.

A więc TINA. TINA Tusk, Tina PO. Dobrze, ale po kolejnej wygranej niech Platforma wróci śmiało do gdańskich liberalnych korzeni, niech trochę po-reformuje. Inaczej TINA się nie utrzyma. Nie wiem, kto nowy na scenie polityki urośnie na tym, czego zaniechała i nie zrobiła, choć mogła.

Jednak TINA ( tu mam na myśli ogólnie stan bezalternatywności) w polityce trwać za długo nie może i nie powinna. Póki chroni państwo i społeczeństwo przed utratą sterowności, trzeba, niestety, zagryźć zęby i TINĘ tolerować, a nawet wspierać. Ale do czasu, kiedy pojawi się sensowna alternatywa. Na razie jej nie ma.

Wracam na koniec do mediowych cenzurek. Nawiasem mówiąc, a takie kwestie mnie jako polonistę z wykształcenia interesują - chyba po polsku właściwy przymiotnik od media powinien brzmieć właśnie mediowy, ,,medialny” znaczy nadający się do mediów, dobrze w nich wypadający. Ciekawe i budujące, że to akurat w środowisku biznesu zadbano o poprawność: mamy ,,domy mediowe”.

Jak by wypadły cenzurki wystawione mediom przez polityków? Czy media by je zaakceptowały, wyciągnęły jakieś praktyczne wnioski? Fakt, że inne są role mediów i klasy politycznej i że w demokracji pewna, nazwijmy to, strukturalna wzajemna nieufność, jest tu normalna i pożądana.

Prawie na pewno media nie byłyby zachwycone ocenami, jakie zebrałyby od polityków (a także od szerszej opinii publicznej). W tej czy innej konkretnej sprawie, mam nadzieję, może by im rację przyznały, ale nie generalnie, że są marne i do kitu: na dwóję z plusem. Ale politycy mają prawo tego samego oczekiwać od mediów - zwłaszcza tych największych, wpływających na opinię publiczną. Oceny konkretnych spraw i osób to dla tej triady - media- obywatele- politycy - lepsza metoda niż generalizacje. Toteż ostatecznie uważam, że stawianie ocen jako metoda bilansu dwulecia Donalda Tuska, choć rodem z tabloidu, ma swój sens.

A skoro tak, to dałbym jego rządowi ogólnie czwórkę, a pałkę za politykę wobec Kościoła (komisja majątkowa, in vitro).

XXXX DEKRUCYFIKACJA
Tym razem poczułem powiew normalności we wpisach, za co dziękuję; to przyjemność, kiedy polemiści trzymają poziom merytoryczny i elementarną kindersztubę, a jeszcze większa, kiedy okazuje się, że przesłanie blogu trafia większości Państwa do przekonania.

Helena - jasne, że Europa nie jednym, chrześcijańskim, korzeniem stoi, ale w atakach na Strasburg, przecież nie chodzi o prawdę historyczną, lecz wojnę z liberalizmem. Kecaj - dzięki za ten link, jestem zszokowany. IiiiI Promuj notkę - dzięki za promocję :) Tao szatański - ja się nigdzie nie cofam, staram się iść naprzód.

Chrześcijanin - dzielnie Pan staje, ale proszę przemyśleć posty polemistów np. Wodnik53, rabbi.t i zamiast depesz agencyjnych czytać oryginały dokumentów strasburskich. Co do porównań z nazizmem, tak są ostre, nie w moim stylu (wielu wspaniałych chrześcijan, np. pastor Bonhoeffer, zginęło z ich ręki). Jednak chrześcijaństwo ma też ciemną stronę, nie da się temu, niestety, zaprzeczyć, że pod znakiem krzyża przelewano krew i deptano godność ludzką. Tak, to historia, ale nie do końca: patrz Rwanda czy Bałkany.

Marek.Kulikowski - a ja jako dziecko patrzyłem na krucyfiks z przerażeniem, nikt mnie dosłownie nie straszył, lecz ekspozycja konwulsyjnie skręconego ciała ,,kochanego Pana Jezusa”, jego rany, jego cierniowa korona wrzynająca się w głowę - dla wielu dzieci to źródło traumy, o której często nikt, kto powinien, ksiądz, katechetka, rodzice, nie rozmawia. Jeśli dzieci katolików tak mogą reagować, to co dopiero niekatolickie. Ciekawe, że powszechnie używane znaki/symbole innych wiar chrześcijańskich i innych religii takich emocji nie mogą wywołać, bo fizycznego cierpienia nie eksponują.

Dekrucyfikacja

2009/11/14, sobota

Powiało absurdem. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wydał wyrok na korzyść obywatelki włoskiej domagającej się, by szkoła publiczna respektowała jej prawa jako rodzica i osoby niewierzącej. Poszło o wiszące w każdej klasie krucyfiksy  - znak uprzywilejowania wiary katolickiej, deklarowanej przez większość, kosztem innych wiar oraz systemów wartości takich jak humanizm czy ateizm wyznawanych przez mniejszości. Rodzicom owych uczniów zależy, by szkoła - a zatem i państwo, bo szkoła jest publiczna, a nie prywatna czy wyznaniowa i chodzą do niej zarówno wierzący, jak i niewierzący - uszanowała ich wolę i prawo do wychowywania własnych dzieci tak, jak uważają za słuszne i dobre dla nich - po laicku.

Krucyfiksy im w tym przeszkadzają. A przecież włoska konstytucja gwarantuje neutralność światopoglądową państwa ( Co chyba wolno rozumieć tak, że w szkole publicznej nie ma miejsca i dla krucyfiksu, i dla symboli religijnych islamu, judaizmu czy jeszcze innych).

Siedmioro sędziów Trybunału - większość z nich pochodzi z krajów kulturowo katolickich - przyznało w tym sporze rację rodzicom, a nie państwu, rządowi i szkole. Włoszce, której protest był przez lata odrzucany na wszystkich szczeblach machiny sprawiedliwości, zasądzili 5 tys. euro odszkodowania za straty moralne.

Wyrok poszedł w świat. I tu zaczyna się absurd. Ale nie jest nim wyrok, lecz lawina potępień, jaka spadła na sędziów we Włoszech, a i w Polsce. Mam silne wrażenie, że krytycy uczynili z wyroku pretekst do bitwy kultur ? tej skoncentrowanej na konserwatywno-katolickiej ortodoksji z liberalną kulturą otwartego społeczeństwa  i praw człowieka.

Słuchając tego ognia zaporowego z najcięższych armat, tego niby patosu, a w istocie demagogii, fraz o samobójstwie Europy, dnie apokalipsy, nadciągającym upadku Unii Europejskiej (nawiasem mówiąc Trybunał nie jest instytucją unijną, lecz niezależną i stoi na straży Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, podpisanej i ratyfikowanej także przez RP), mam równie silne wrażenie, że chyba nikt z pogromców wyroku nie przeczytał jego obszernego francuskiego tekstu.

Sąd wydał wyrok w kwestii prawnej, a nie ideologicznej. Wszechstronnie analizował skargę w świetle konwencji praw człowieka i wykazał, w jakich punktach konwencja została w zaskarżonym przypadku istotnie naruszona. Tekst wyroku koncentruje na krucyfiksie, czyli wizerunku Chrystusa na krzyżu, używanym głównie w Kościele katolickim (czasem ku adoracji, ale i przerażeniu dzieci),  a nie na znaku krzyża. W polemikach nikt tej dystynkcji nie bierze pod uwagę. Słyszymy ciągle o krzyżu.  

Krucyfiks trudno uznać za znak uniwersalny, historyczny i kulturowy, wyprany z konkretnej treści religijno-konfesyjnej.  Dalej Trybunał przypomina, jak zmieniało się miejsce Kościoła katolickiego w historii państwa włoskiego  od religii państwowej za króla i Mussoliniego po obecny miękki rozdział zaakceptowany jeszcze za Jana Pawła II. Odnotowuje argumenty państwa i rządu włoskiego przeciwko skardze. Zbija je przekonująco i przedstawia swoją wykładnię prawną meritum sporu. Można wręcz czytać ten dokument jako mini traktat o ważnej kwestii prawnej ale też kulturowej. Lecz przy odrobinie intelektualnej uczciwości nie sposób doczytać się w nim  jakiejś antykatolickiej czy antyreligijnej fobii. A to taką gębę usiłują przyprawić autorom wyroku  niektórzy publicyści, biskupi i akademicy.

Trybunał nie wydał żadnej wojny krzyżom, ani do niej nie mobilizował. To mówiąc łagodnie nadużycie i nadinterpretacja, a ostrzej - oszczerstwo i pomówienie. To raczej trybunałowi zdemonizowanemu jako jakieś rzekome antychrześcijańskie brygady śmierci usiłuje się wydać wojnę ideologiczną.

Krzyżom nic w wolnej i demokratycznej Europie nie grozi. Są i pozostaną bezpieczne w prywatnych domach i instytucjach, świątyniach, szkołach wyznaniowych, muzeach, dziełach sztuki i kultury ? słusznie chronione przez te same prawa człowieka, prawo unijne i prawa narodowe, co pogromcy Trybunału cynicznie przemilczają. Katolicka kontrkultura ignoruje sedno sprawy. Jest nim prawna obrona pluralizm światopoglądowego przed piewcami katolickich państw narodu włoskiego czy polskiego. Skandalista Berlusconi jako obrońca krucyfiksu? Maestro Fellini ma w niebie niezły ubaw. 

PS. Wojna z wyrokiem strasburskim trwa. Tak naprawdę nie dziwi mnie reakcja Kościoła, jest tu ewidentnie stroną i broni swej doktryny, miejsca i interesu, bo uznał, że to jego obowiązek jako instytucji. Stronniczość jest zrozumiała, lecz mało wiarygodna, zwłaszcza dla niekatolików. Nie dziwi mnie też, że w ostatnich dniach Rzym popiera oficjalne arcykonserwatywne i antyliberalne prawosławie w Grecji i Moskwie (ale, o ile wiem, jeszcze nie w Stambule, gdzie rezyduje honorowy zwierzchnik światowego prawosławia). Zaskoczyła mnie tylko, i to przykro, reakcja nie byle czyja, bo prof. Andrzeja Zolla, byłego rzecznika … praw obywatelskich. Kto jak kto, lecz tak wysokiej klasy ekspert, powinien chyba popatrzeć na sprawę inaczej niż biskupi. Zdobył się na to dr Bodnar z polskiej Fundacji Helsińskiej. Należy do tych, którzy nie mieszają osobistych przekonań z prawnym meritum sprawy. Tu chodzi o ochronę praw mniejszości w świetle europejskiej konwencji praw człowieka. O respektowanie pluralizmu światopoglądów w instytucji publicznej,w końcu o przestrzeganie własnej konstytucji. Prawa większości, owszem też muszą być respektowane, ale przecież są!  

Myśli listopadowe

2009/11/12, czwartek

1- W Dniu Niepodległości i dziś kartkuję mego ulubionego Henryka Elzenberga. Przez całe życie prowadził dziennik myśli znany pod tytułem ,,Kłopot z istnieniem”. Szukam daty 11 listopada 1918. Nie ma. W każdym razie w wydaniu z roku 1994. Jest tylko ogólnikowa ,,Jesień”: ,,Życie nie jest rzeczą radosną; najcenniejsze jego klejnoty są oprawne w ciemność, jak gwiazdy”. No tak, ale jak rzekłem, to jest dziennik myśli, intymny notatnik intelektualny wybitnego filozofa i etyka, a nie działacza niepodległościowego. Nie musiał tu odnotowywać wydarzeń politycznych, nawet tak ważnych jak przybycie do Warszawy Jóżefa Piłsudskiego.

2 - Jednak może być tak, że to dopiero po pewnym czasie przybycie Naczelnika zaczęło nabierać wymiaru, którego najpierw nie miało. W dzisiejszej ,,Gazecie” doskonale pokazuje to opowieść Włodzimierza Kalickiego o tych dniach listpadowego odrodzenia Polski. Ludzie się gromadzą na ulicach, Niemcy szykują do opuszczenia Warszawy,regencyjna atrapa rządu polskiego, która za chwilę się rozwiąże, nagradza ,,Ziuka” dowództwem armii. Piłsudski przyjmuje nominację i kontynuuje rozmowy polityczne. Do Polaków mówi, że ich wita krótko, bo jest przeziębiony. Zburzeniem Bastylii trudno to nazwać. 

3 - Sprawdzam w ,,Kalendarzu historycznym” Jerzego Łojka, kojarzonego z prawicową antypoprawnością polityczną w podejściu do dziejów Polski. Jest: ,,Jedenasty listopada”. Ostatni akapit: ,,W listopadzie 1918 roku miało 21 lat od chwili, gdy ugodowcy w Warszawie korzyli się przed Mikołajem II, a język polski mógł być używany tylko w prasie i domach prywatnych; 11 lat od chwili ostaecznego zminimalizowania programu Ligi Narodowej do autonomii Królestwa w wiecznym związku z Imperium Rosyjskim. W styczniu 1919 roku liczebność wojsk polskich pod dowództwem Piłsudskiego przekroczyła 100 tys., pod koniec 1919 r. zbliży się do pół miliona. Ale granice były jeszcze niejasne i na kilku obszarach trwały walki”. Słowem - to już mój komentarz - szło ku lepszemu, lecz pewne nic jeszcze nie było. Mogło się nie udać. Piłsudski - pisze o tym Kalicki - z instynktem męża stanu - starał się budować sprzymierzenie dla niepodległości od prawa do lewa, dystansując się od lewicy i pochodów pod czerwonymi sztandardami na ulicach, a sytuując w coraz bardziej w centrum sceny.

4 - tegoż 11 listopda na Zachodzie ogłoszono zawieszenie broni, kończące pierwszą wojnę światową. Tam do dziś jej pamięć jest żywa przede wszystkim ze względu na hekatombę ofiar. Nam ta wojna kojarzy się przede wszystkim z odzyskaniem niepodległości i własnego państwa. W zjednoczonej Europie byłoby pięknym gestem ze strony polskiego prezydenta (któregokolwiek), gdyby jakoś się do tego odniósł. Ich trauma, nasza radość.

5 - Ale u nas zeszło na ,,nowy patriotyzm” i obronę krzyża po wyroku strasburskim. No cóż, może warto zwrócić uwagę, że patriotyzm nie jest wartością chrześcijańską. Ma znacznie dłuższą historię niż chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo jest ponadnarodowe i ponadplemienne, uniwersalistyczne. Paweł ogłasza, że w chrześcijaństwie nie ma już Greka, Żyda ani Rzymianina. Oczywiście można być patriotą tej czy innej ojczyzny, ale ostatecznie ojczyzną chrześcijan jest Królestwo Boże, które jest zadaniem wierzących w każdym pokoleniu aż do końca świata.

6 - Dali temu świadectwo 20 lat temu w Krzyżowej kanclerz Kohl i premier Mazowiecki, wymieniając znak pokoju podczas mszy towarzyszącej ich spotkaniu. Byłem wtedy w Krzyżowej jako wysłannik Tygodnika Powszechnego. Wszyscy obecni byli wyraźnie wzruszeni. Ja też. Teraz Mazowiecki mówi, że pojednanie polsko-niemieckie jest w zasadzie dokonane, pozostaje do osiągnięcia pojednanie polsko-rosyjskie. Ale do tego trzeba politycznej, materialnej i moralnej ,,infrastruktury”, a tej nie ma z Rosją. Minister Sikorski wrócił wczoraj do pomysłu wyburzenia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, stalinowskiego daru dla Polski bierutowskiej. To wszystko, co rząd polski ma dziś do zaproponowania Rosjanom w kwestii pojednania? (Ale Rosja też kręci się w błędnym kole, odpowiadając na Katyń rzekomym ludobójstwem radzieckich jeńców wojny 1920 roku i tysiącami żołnierzy Armii Czerwonej, którzy polegli na ziemiach polskich w drodze na Berlin tak jakby ich celem było prawdziwe ponowne odrodzenie niepodległej Polski).

7 - I takie to nasze najważniejsze patriotyczno-obywatelskie święto. Oderwane w pamięci i wyobraźni od potwornie skomplikowanego kontekstu, pozbawione wyraźnego, czytelnego dla ogółu, momentu symbolicznego, jak choćby amerykańska deklaracja niepodległości. Uderza, że w jakimś stopniu ta niejasność, rozmycie, połowiczność powtórzyły się w 1989 r., kiedy Polacy znów odzyskali wolność obywatelską i niepodległe państwo. Tłumy też się gromadziły, ale tylko te pro-solidarnościowe. Profesor Geremek z intuicją godną Piłsudskiego uważał, że trzeba było bić w dzwony we wszystkich polskich kościołach i intonować Te Deum. Ale Kościół, ta ostoja patriotyzmu, jakoś tego apelu nie podjął. Skończyło się na Joannie Szczepkowskiej w Dzienniku Telewizyjnym.                                                                   

Działacze żydowscy za posłem Kamińskim

2009/11/10, wtorek

Osobliwie rozwija się  ,,antysemicka” sprawa europosła PiS Michała Kamińskiego. To, że w jego obronie przed zarzutem antysemityzmu, stają torysi i prasa prawicowa, nie zaskakuje. Dziś nie można być w głównym nurcie polityki europejskiej i flirtować z pogrobowcami nazizmu. Ale w tych kręgach Kamiński oczywiście nie jest tak widziany. Ot, normalny, stosunkowo młody, ambitny i energiczny polski konserwatysta. Coś wprawdzie jako młokos zrobił głupiego (działał w faszyzującej organizacji NOP), coś powiedział głupiego w sprawie zbrodni w Jedwabnem, ale to było dawno i teraz jest kimś zupełnie innym.

Tę ,,narrację” uprawdopodobnił - ku sporemu zamieszaniu w mediach i opinii publicznej zarówno w Królestwie, jak i w Polsce - nie byle kto, bo naczelny rabin Polski, pan Schudrich. I to w BBC, najpotężniejszym medium brytyjskim o zasięgu i wpływie globalnym. wprawdzie rabin swe słowa troszkę potem skorygował, ale sedna nie zmienił. Kamiński nie tylko nie jest antysemitą, Kamiński jest przyjacielem Izraela!

I oto w wielkim prawicowym dzienniku Daily Telegraph mamy list otwarty 27 znaczących działaczy i osobistości żydowskich, stający w obronie posła Kamińskiego. List opiera się na deklaracji rabina Schudricha, że Kamiński jest w porządku. I to jest rzeczywiście coś, czego nie sposób było przewiedzieć, kiedy na Wyspach wybuchła afera z Kamińskim w roli głównej. Partii Pracy będącej dziś u władzy i jej zwolennikom w mediach i opinii publicznej przypadek Kamińskiego posłużył do ataków na torysów Davida Camerona. W szpicy tych ataków znalazł się sam Foreign Secretary David Miliband (z żydowskimi korzeniami w Polsce, gdzie Niemcy wymordowali część jego rodziny, więc miał dobry powód, by wytykać opozycji, z kim się zdaje ).

Mamy więc spór o Kamińskiego nie tylko polityczny, ale i w środowisku żydowskim (bo były też wypowiedzi brytyjskich działaczy żydowskich dezawuujące ,,nawrócenie” Kamińskiego). Polityczny jest jasny: prawica broni prawicy. Ale ten miedzy działaczami żydowskimi już nie tak jasny. Sygnatariusze listu w obronie polskiego posła, szefa eurofrakcji PiS-torysi-i kilku eurosceptyków z innych krajów, sympatyzują wprawdzie z konserwatystami, lecz jednocześnie popierają i wspomagają Izrael i naturalnie walczą z współczesnymi przejawami antysemityzmu. Wystawienie przez taką grupę rodzaju świadectwa moralności Kamińskiemu, jest, co tu gadać, jego sporym sukcesem politycznym i osobistym.

A rabin Schudrich? Nie wątpię, że mówi szczerze. Myślę, że nawet więcej: rabin poczuł się współodpowiedzialny za wizerunek Polski, gdzie pełni swe obowiązki. To oczywiste, że sprawa Kamińskiego potwierdziła obraz Polski jako kraju, gdzie na antysemitzmie nadal można bezkarnie robić karierę publiczną.

Schudrich wystąpił przeciwko temu stereotypowi i to jest budujące. Byle tylko rabin Schudrich miał pełną wiedzę o obecnych pogladach Kamińskiego. Co inteligentniejsi politycy prawicy polskiej zorientowali się bowiem, że marka ,,przyjaciela” Izraela im nie zaszkodzi, a raczej pomoże politycznie. Jest i taki detal, że manifestowanie się z ,,przyjaźnią z Izraelem” wyraża czasem pośrednio inną skrajną emocję i ideę polityczną: odrazę do świata muzułmańskiego.        

Nie jestem w żadnym razie politycznym czy ideowym sympatykiem posła Kaminskiego, ani jego partii, ani aliansu PiS z torysami, lecz muszę przyznać rację tym, którzy ostrzegają przed dwoma rzeczami. Po pierwsze, by nie robić z zarzutu antysemityzmu naboju do zabijania przeciwnika w walce politycznej (w tym przypadku czyniła to pochopnie lewica). I po drugie, by pamiętać, że fałszywy zarzut antysemityzmu godzi zwłaszcza w tych, którzy go wysuwają, a mniej w oskarżanego. A taki fałszywy krok osłabia słuszne potępienie współczesnych przejawów rasistowskiej niechęci i nienawiści do Żydów.            

      

Ludzie na murze

2009/11/9, poniedziałek

Nie ma się co ścigać z wyobraźnią masową. Ludzie na murze berlińskim to obrazy nieśmiertelne. Nie przebiją ich nasze wybory 4 czerwca, ani victoria Mazowieckiegow Sejmie (a tym bardziej jego chwilowe zasłabnięcie na trybunie zneutralizowane żartem o stanie polskiej gospodarki). Tylko obrazy z czasów pierwszej Solidarności - Wałęsa na bramie Stoczni tonącej w kwiatach i udekorowanej portretem JPII czy wolny ,,sejm” Solidarności w hali Olivii jesienią 1981 - mają podobną siłę.

I jeszcze Havel na balkonie w Pradze, a pod nim morze głów. W tym kontekście trzeba docenić gesty Niemców, takie jak zaproszenie Lecha Wałęsy do ponownego ,,obalenia muru” w dzisiejszą okrągłą rocznicę. Oznacza ono bowiem, że Niemcy ze swej strony nie chcą narzucać swej, jak to się teraz modnie mówi, ,,narracji” o upadku bloku radzieckiego Polakom czy komukolwiek innemu. To chyba najmądrzejsza ,,polityka historyczna”.     

Jednak to sceny praskie jakoś bardziej zapamiętałem niż berlińskie. Może ze względu na sympatię do czeskiej opozycji i bohemy, której Havel był liderem, może ze względu na poczucie wspólnej sprawy (mówię przede wszystkim o kontaktach KOR z Kartą 77) i podobnego stylu życia i myślenia. No i z powodu długu moralnego, jaki Polacy nigdy nie mieli wobec Niemców, a mieli wobec Czechów po interwencji 1968 depczącej marzenie o ,,socjalizmie z ludzką twarzą” (bo przecież całkowity demontaż tamego systemu wydawał się wielu snem wariata, a i nie wszyscy w opozycji sobie tego życzyli).

Jednak wygrał ,,wariat”, to znaczy najmniej prawdopodobny scenariusz dalszego biegu wypadków. Cieszyłem się z radości Niemców, nie odczuwając żadnego większego niepokoju przeczuwanym zjednoczeniem obu państw niemieckich. Ale i w Polsce i poza nią nie brakowało wtedy ludzi, którzy ludźmi na murze byli dość przerażeni. W Anglii i Francji, a i w ,,republice bońskiej”, odezwały się ponure wspomnienia lat potęgi i ekspansji III Rzeszy. Emocje są często paliwem polityki. Pokrywa się je racjonalnym językiem, że stabilizacja jest wartością bezcenną, co skąinąd zwykle odpowiada prawdzie, przynajmniej z perspektywy ludzi władzy, bo przecież mają obowiązek chronić swe państwa i obywateli przed chaosem.

Płonne były te lęki i obawy. Cud nie cud, sterowności ani nasza część Europy, ani Niemcy nie utraciły. A dziś można śmiało ogłosić sukces w tym sensie, że z obu stron Bramy Brandenburskiej kwitnie normalne życie - normalne, znaczy że nie pozbawione problemów - a Polacy i Niemcy wyzwalają się z mentalnej niewoli stereotypów na własny temat. Zniknięcie żelaznej kurtyny, scalenie Niemiec, otwarcie Europy na wschód, przede wszystkim ku Polsce, a dzięki temu otwarcie szansy głębszej, nie tylko symboliczno-obrazkowej integracji kontynentu - to była transakcja wiązana, choć widać to dopiero po latach. Niech więc ludzie na murach trwają w życzliwej pamięci Europy.

XXXX
Janek i inni - ależ jaka to gra na wielu fortepianach? Mamy po prostu wspólnie z Francją jeden, może dwa problemy - dopłaty rolnicze i ideę ,,armii UE” (a ze swej strony jeszcze problem atomowy), to wystarczy na normalne bilateralne kontakty i układy, ale po co do tego dorabiać megalomanię? pfg - Paweł, czy ja gdzieś piszę, żeby Polska została klientem Niemiec? Życzę jej, by została pierwszym partnerem w ,,nowej” Unii. Uważam, że bliższa koszula ciału i nasze kluczowe interesy gospodarcze, polityczne i społeczne łączą się z Niemcami, więc zamiast się rozpraszać, powinniśmy z tego wyciągać wnioski na długą metę (ale oczywiście nie kosztem idei europejskiej). Klient czy wasal to język z minionej epoki, nigdy go nie używam. Andrzej, Jurek z Pogodna (i Józef - dzięki) - nigdy też nie zachwycałem się posłem Ziobrą (obaj mieszkamy w Krakowie, od lat jako dziennikarz obserwowa krytycznie rozwój jego kariery; tylko w traumie po aferze Rywina, kiedy powstała komisja, mogłem się łudzić, że coś zmienia się na lepsze i Ziobro wyrasta z politycznych krótkich majtek - taki był zresztą nastrój w moim politycznym środowisku, które w części faktycznie widziały (teraz wiemy, że mylnie) panaceum na ten Rywinowy kryzys w koalicji centroprawicy. Co do mediów i w ogóle roli dziennikarzy, kto czyta ten blog, łatwo znajdzie nie jedną uwagę krytyczną na ten temat, ale fakt decydujący jest taki, że to jednak my, wyborcy, gotujemy sobie ten los i nie ma co przerzucać odpowiedzialności na ,,stan dziennikarski”. To łatwizna zwlaniająca z myślenia.

PS. Temat strasburskiej wojny o krucyfiks nie schodzi z wokandy, więc ostatecznie odniosę się do niego na blogu w nadchodzących dniach, bo tu akurat blog okazuje się najbardziej ,,mobilny”.                

Nędza polityki polskiej

2009/11/7, sobota

Ponoć europoseł Ziobro ma większe szanse na prezydenturę (24 proc.) niż ktokolwiek inny z PiS (Lech Kaczyński 18 proc.) i okolic. A pisowskiego czekistę Mariusza Kamińskiego jako prezydenta widzi 7 proc. Polaków. Hamlet Cimoszewicz mógłby - ku uciesze PiS - rywalizować z Tuskiem (31 proc.)

Są to wieści deprymujące. To, że spory procent elektoratu traktuje serio polityka tak merytorycznie słabego jak Ziobro, może oznaczać różne rzeczy, niewykluczone, że i żarty z naszej klasy politycznej. Ale bardziej prawdopodobne, że to jest na serio, bo Ziobro, jak słyszę, ma faktycznie poparcie i popularność w pisowskim plemieniu politycznym. Czy to może dziwić - pasuje jak ulał do jego mentalności. Ja do tego plemienia nie należę, toczę z nim walkę na idee i myśli, więc w tej popularności Ziobry widzę przede wszystkim może najsilniejszy przejaw kryzysu polityki polskiej.

Czego by nie powiedzieć o prezydencie Kaczyńskim, to jest prawie kosmiczna różnica między nim a Ziobrą i na miejscu spindoktorów Kaczyńskich szedłbym pod prąd opinii: szykowałbym się do walki o sprawę prawie beznadziejną - nie mówię o zwycięstwie, mówię o dobrnięciu do drugiej tury. I ponoć spindoktorzy mają (dziś) właśnie taki plan. Przyznajmy jednak, że to sytuacja dla PiS mało komfortowa - grać o drugie miejsce ( a już nie daj Boże przegrać i to).

Lecz, powtarzam, to nie moje zmartwienie. Im mniej PiS w polskiej polityce, tym - z perspektywy mojego plemienia :) - lepiej, zdrowiej, normalniej. Ale drogę do normalności mamy raczej długą i wyboistą. Weźmy drugi, według mnie prawie tak samo politycznie diagnostyczny jak Ziobro przykład degrengolady: sytuację w SLD pod przewodem Napieralskiego.

Jak ktoś taki mógł zostać liderem mainstreamowej lewicy i dotąd się utrzymać u partyjnej władzy? Napieralski wydaje mi się klonem PiS w SLD - język, maniery, no i poglądy (o ile ma w ogóle jakieś prawdziwe poglądy, co zresztą też go łączy z pisowskimi miernymi ale wiernymi pokroju Brudzińskiego, podobno z Napieralskim po szczecińsku zakolegowanego).

To, że Napieralski jest formalnie sukcesorem było nie było Kwaśniewskiego, to, że udało mu się wypchnąć na margines Olejniczaka czy Szmajdzińskiego, a zatrzymać Szymanek Deresz mówi jeszcze gorzej o SLD niż o samym Napieralskim. Słupki mogą im skoczyć raz czy drugi, ale kryzys SLD wygląda na terminalny. Polityka polska na tym wiele nie traci, jednak samozwijanie się centrolewicy na dłuższą metę jest zjawiskiem dość nienormalnym jak na obecne standardy europejskie.

O ludowcach rozprawiać nie ma co, byli i pozostaną skansenem politycznym, ale wciąż użytecznym dla innych sił, więc podtrzymywanym przy życiu zapraszaniem do różnych konfiguracji rządowych, co permanentnie hamuje niezbędne polskie reformy polityczno-społeczno-gospodarcze. Ale oni mają przynajmniej kilka procent poparcia. A tu w telewizjach festiwal figur kompletnie marginalnych : Giertycha, Piskorskiego. To też miara upadku, ale tym razem za sprawą e-mediów.   

No i Platforma. Wprawdzie afery hazardowej zapewne nie było, w każdym razie w sensie niezawodnej poseł Kempy (,,Rywin do dziesiątej potęgi”), ale zajrzeliśmy za kulisy wewnętrznego kręgu platformianej władzy i ujrzeli samotność Tuska. Panowie Chlebowski i Drzewiecki mają swój wkład w nędzę polityki polskiej, a i inni notable PO nie wychodzą tu obronną ręką, co pośrednio przyznał lider, tasując na nowo platformianą talię VIP-ów. Kryzys połowy kadencji Platformy nie oszczędził, choć obszedł się z nią jak na razie niezbytsurowo.

Konkluzja. Żeby coś drgnęło, trzeba cudu. W polityce cuda się zdarzają - patrz Obama. Ale my nie mamy Obamy. Mamy tylko Tuska. A Tusk wygląda na zmęczonego, choć demonstruje siłę spokoju. Realistycznie biorąc - a zawsze przecież może być inaczej, bo przyszłość nie da się zaprogramować ani przewidzieć - wyjście z obecnego przykrego dołka możliwe będzie dopiero po wyborach prezydenckich.

PS. Tymczasem u nas (i we Włoszech) szaleństwo krucyfiksowe. Pisałem już o tym w www.polityka.pl (nasza edycja online) i w najbliższym numerze, który ukaże się w nadchodzącą środę, więc tu tematu nie podejmuję.

XXXX
Dorota Szwarcman, Torlin, pfg - trochę jestem zdziwiony, że felieton ,,FrancoPolo” wydaje się ,,dziwny” czy ,,niezrozumiały”, ale dziękuję za całą dyskusję z tej okazji i odnotowują z pewną satysfakcją, że tym razem to chyba Sebastian wyraźniej dostrzegł moje intencje. Tez ostrych nie stawiam, zwracam uwagę na chaotyczność polskiej polityki zagranicznej, także w kwestii stosunków z USA, na jej przesadne ambicje - (Torlin - jakie tu Pan widzi moje ,,kompleksy”?!) i marnowanie skromnych środków. Argument o polityce wielu fortepianów może mieć zastosowanie w Londynie, nawet w Madrycie, ale w Warszawie jest nie tylko dość megalomański, lecz i zwyczajnie niewykonalny. A więc - tak ,,Janku” - uważam, że prawie wszystko trzeba postawić bilateralnie na Berlin. To Niemcy a nie megamegalomańska Francja jest największą potęgą Europy, nawet mimo dzisiejszych kłopotów z Oplem :). A i elektrownie chyba potrafi budować niegorzej (ale na tym się nie znam, może pfg ma rację, że tylko Francuzi). Teraz, po powstaniu rządu Merkel i Westerwellego koniunktura polsko-niemiecka jest jeszcze lepsza: tu w Berlinie proeuropejska, ostrożnie liberalna centroprawica i tutaj w Waszawie też. Ilona - nietrafiony i nieuprzejmy (złośliwie bym powiedział, że ,, typowo francuski” ten Pani wpis), ale odpowiem ze względu na meritum: felietonu nie piszę w Paryżu i nie dla Francuzów i nie po francusku, proszę sprawdzić, jak pisze prasa anglosaska czy polska o CLS: ,,Mister L-S”, a u nas zwyczajnie, jak o wszystkich innych, ,,L-S”.                  

FrankoPolo

2009/11/5, czwartek

Premier Tusk trafił do Paryża w złym momencie. Tam w mediach króluje mędrzec stulecia Levi Strauss. A także eks-prezydent Chirack, któremu rekordowo rośnie popularność, chyba na złość Sarkozemu, któremu spada. Blues środka kadencji rzecz normalna. Doświadcza jej i nasz premier i może tak naprawdę to jedno łączy obu liderów.

Idea budowy polsko-francuskieg tandemu w dziedzinie wzmacniania unijnej współpracy militarnej wydaje mi się dość abstrakcyjna. Dlaczego akurat taki tandem? Bo Francuzi mają dobre wrażenia z Czadu, gdzie współdziałali z Polakami w ramach wojskowej misji unijnej? Bo Francuzi mogą kupić polską stocznię i budować w niej swoje okręty wojenne?

Rozumiem, że Polska stara się być aktywna dyplomatycznie, zwłaszcza teraz po ,,Lizbonie”, kiedy Unia będzie formować swoją służbę zagraniczną i zatrudniać w niej tysiące ludzi za dobre pieniądze (10 tys. euro lub więcej) i w słusznej sprawie moszczenia się na scenie globalnej.

Polska lansuje Partnerstwo Wschodnie, które jakoś Unii jak dotąd nie zaimponowało, a teraz usiłuje zająć przyczółek na zachodzie. I to - jak sugerują nasi oficjele - w miejsce Brytyjczyków! No bez przesady! Nawet jeśli pod rządami konserwatystów Camerona idea ,,armii UE” na jakiś czas kompletnie zamrze, to torysi albo zmienią zdanie, albo po prostu kiedyś władzę utracą i wtedy unijne bębny znów zagrają marsza.

Polska podkreśla, że wymiar transatlantycki jest wciąż ważny dla Europy. Ale wizyta Tuska w Paryżu to sygnał temu nieco zaprzeczający. To nie musi być żle, ale to powinno być spójne z deklaracjami Warszawy o kluczowym znaczeniu NATO, gdzie wciąż pierwsze dowodzi,a jakże, Waszyngton i z polską nadmierną gorliwością do polityczno-militarnego fetysza ,,tarczy”. Nie widzę tej spójności.

Widzę za to krzywy uśmiech ministra Sikorskiego: ma Hillary za swoje, ma Obama za swoje, ma Biden za swoje. Nie będzie Jankes pluł nam w twarz. Ale reaktywna polityka afektów to jest coś w rodzaju discopolo, w tym przypadku - francopolo.   

Tak naprawdę z wizyty Tuska cenny wydaje mi się jeden trop: współpraca atomowa. To dobry pomysł, ale znów czemu z Frankami? W tle spotkania Tusk-Sarkozy kryje się kolejne kluczowe pytanie: a co z Angelą Wielką? Czemu zamiast rozpraszać przecież dość skąpe nasze siły polityczno-dyplomatyczne nie skupimy się na współpracy z Niemcami, naszym najbardziej naturalnym, najlepiej poznanym i sprawdzonym partnerem w Unii? To powinien być numer jeden naszej bilateralnej polityki. W kwestii elektrowni też.

I wcale to nie przeszkadza, by napełnić życiem i treścią Trójkąta Weimarskiego, a tam jest miejsce i dla Franka, i dla Sasa, i dla Polanina. Panie premierze, panie ministrze, proszę mierzyć zamiary na siły. Do Weimaru i Berlina nam bliżej.    

Europa ,,postamerykańska”

2009/11/3, wtorek

Dzieje się! Kanclerz Merkel przemawia dziś przed Kongresem USA (wcześniej przemawiał Adenauer, ale to było w 1957!) i spotyka się z Obamą. To ważne i ciekawe, bo mimo entuzjazmu dla Obamy w Europie, w Niemczech także, nasze europejskie elity mają do jego prezydentury (wkrótce minie pierwszy rok) dystans.

Nie bez powodu. Wybór Obamy nie znosi przecież zasadniczej dziś kwestii: co dalej z ideą transatlantycką? Czy nie zbliża się czas na zasadniczą redefinicję stosunków Europy z USA? Na Europę ,,post-amerykańską”? (zob. świeżutki raport European Council on Foreign Relations - ,,Towards a Post-American Europe”). Rząd Merkel ma tu twardy orzech do zgryzienia.

Pani kanclerz  było chyba bliżej do Busha niż jest jej do Obamy, ale epoka Busha się skończyła. I tylko w naszej części Unii Merkel może liczyć, że tutejsi politycy ją w tym zrozumieją (a przy tym popularność Obamy w Polsce i innych krajach naszego regionu jest znacząco niższa niż w Europie zachodniej, więc nasze elity mogą się czuć dość bezpiecznie, broniąc transatlantyzmu, nawet jeśli oznacza to, że zostajemy w coraz gorzej funkcjonującym Afganistanie).

Na zbliżającym się szczycie US-UE te wszystkie wątpliwości nie wyjdą na światło dzienne tak, jakbyśmy mogli sobie życzyć ze względu na potrzeby publicznej dyskusji. Nie ma co powtarzać frazesów, jak ważne są dobre stosunki z Waszyngtonem. Bo czy są tak samo ważne dla ekipy Obamy? I z którymi rządami? Tylko z Londynem? Nadal z Berlinem? I Moskwą? Bo z Warszawą czy Pragą - wolne żarty. Europa idzie w stronę ,,postamerykańską”, a my?

Tymczasem są jeszcze sędziowie w Czechach. Trybunał konstytucyjny odrzucił wszystkie zastrzeżenia klausowskich senatorów eurosceptyków. Czekamy na podpis prezydenta. Jeśli pan Klaus zdania nie zmieni - a obiecuje, że teraz już antylizboński miecz wbije w ziemię - to Unia pójdzie naprzód.

Naprzód ale z Ameryką definiowaną po staremu czy może już po nowemu - bez zwietrzałych nieco dogmatów z ery zimnej wojny i w duchu nowego ,,postamerykańskiego”  realizmu? To pytanie równie kluczowe jak to o Unię ,,lizbońską”, a na pewno o cały Atlantyk ważniejsze niż obsada stanowisk ,,prezydenta” i ,,ministra spraw zagranicznych”.   
     

Alkohol gorszy od konopi

2009/11/1, niedziela

Szef brytyjskiego MSW wymógł dymisję swego doradcy do spraw narkotyków. Profesor David Nutt, uznany ekspert w tej dziedzinie, nie jest politykiem, więc powiedział, co mu naukowe sumienie dyktuje: nie było powodu, by rząd przesuwał konopie do wyższej, bardziej niebezpiecznej kategorii. Podstaw naukowych do tego Nutt nie widzi, ale widzi grę polityczną. Nadchodzą wybory, trzeba ustawić się na jakiejś pozycji.

Minister Alan Johnson podaje inny powód: nie może być tak, że doradca rządu krytykuje rządową politykę:albo jedno, albo drugie. Ale zostawmy te niuanse. Co mnie zaciekawiło w tej głośnej dziś w brytyjskich mediach sprawie, to po pierwsze punkt widzenia Nutta na zapalną kwestię szkodliwości - lub nie - konopi, a po drugie różnica kultur między Brytanią a Polską.

Nutt uważa, że konopie są mniej szkodliwe od alkoholu i papierosów. Są tacy, którzy uważają za jawny absurd swobodę obrotu alkoholem i papierosami przy jednoczesnym zakazie konopi. Ich zdaniem zbliża się czas, kiedy ten absurd zostanie usunięty, to znaczy dojdzie do jakiejś formy legalizacji konopi (mówimy przypominam o Wyspach, nie o Polsce).

Nutt nie jest orędownikiem legalizacji, tylko rzecznikiem zdrowego rozsądku - sprzeciwia się straszeniu społeczeństwa dla celów politycznych, kiedy nie ma do tego realnych powodów zweryfikowanych naukowo. Powtarza się na przykład, że konsumpcja konopi częsta i wieloletnia mocno podnosi ryzyko schizofrenii. Ekspert tego nie podważa, ale zwraca uwagę, że choć w ostatnich latach konsumpcja wzrosła, przypadki schizofrenii wśród ,,konopiarzy” są mniej liczne i to mimo pojawienia się ,,skunksa” - wzmocnionej odmiany. Nutt ma też odwagę powiedzieć publicznie, że młodych ludzi restrykcje nie powstrzymają przed eksperymentami życiowymi. Może i głupimi, ale - dla części z nich - atrakcyjnymi.

Co nie znaczy, że nie widzę bardzo trudnego aspektu społecznego konopi, jak nie przymierzając w naszej dyskusji o społecznych skutkach gier hazardowych( może najciekawszej i najważniejszej stronie problemu). 

Nie jestem w tym sporze adwokatem żadnej strony. Podoba mi się za to otwartość brytyjskiej debaty, nawet jeśli dziś lecą głowy - na znak solidarności z prawem Nutta do mówienia tego, co uważa za prawdę szykują się do dymisji jego współpracownicy w rządowej komisji doradczej. Jeden z nich już podał się do dymisji.

Ponieważ w Polsce tylko Gazeta Wyborcza otwarła niedawno łamy na dyskusję na temat ewentualnej legalizacji czy raczej depenalizacji tak zwanych miękkich narkotyków a głosów naszych polityków z niej nie zapamiętałem, uważam, że to dla nich temat-gorący ziemniaczek. Nie to co kastracja pedifilów, zakaz in vitro czy destrukcja jednorękich bandytów. Tu można się stroić w szaty moralistów przy dużo mniejszym ryzyku wyborczym.        

XXXX
Dyskusję pod poprzednim blogiem przeczytałem tym razem z satysfakcją, dziękuję; Yevaud, Piotr Biernacki i inni - ciekawe, że (moim zdaniem mało prawdopodobny) powrót JK wciąż budzi takie obawy, ale faktycznie problem ewentualnego przechwycenia władzy przez jakiegoś fanatyka istnieje, tylko że dla mnie to jest właśnie argument za reformą ustroju z dodaniem zabezpieczeń przed takim czarnym scenariuszem. Kubajurek, Spin doktor - Jacek Majchrowski na prezydenta? Cóż, jestem z Krakowa, co innego kompetencje naukowe i intelektualne i administrowanie na szczeblu metropolii, innego prezydentura państwa - zły trop.(Ziobro znacznie gorszy, to byłoby samobójstwo urzędu prezydenckiego). Jotka i inni - starałem się skoncentrować na czymś jednym ale pozytywnym w dorobku naszych prezydentów po 1989, stąd ten - wyczuwa Pani chyba mój dystans (,,hm”) - akt sprawiedliwości dziejowej, patrzę na to dziś (w kampanii 1990 pracowałem w sztabie Mazowieckiego) bez emocji jako na zwieńczenie drogi osobistej LW i całego ruchu, który symbolizował ( jakiś czas temu napisałem w Grze w klasie, że dla mnie lepszym kandydatem byłby marszałek Komorowski, ale on ma dziś 4 proc.!). Czarna lista jego prezydentury jest powszechnie znana i we wpisach została słusznie przypomniana. Robson - zgoda, ale pytanie, czy Tusk rzeczywiście zasłużył i tak rozstrzygnie przypadek lub wyborcy; jerzy, monteskiusz - w zasadzie myślę podobnie.             
 

Co nam da Tusk za prezydenturę?

2009/10/30, piątek

I znów w sondażach Tusk na prezydenta. Z Tuskiem jak z Obamą. Póki nie ma realnej alternatywy, może nie chcieć (a chyba chce), ale musi. Obama nie może nie startować do reelekcji (i wygra, chyba że stanie się cud i republikanie wyłonią jakiegoś prawdziwego rywala - i nie będzie nim Sarah Palin). Tusk - na dziś - nie może nie startować do pierwszej prezydenckiej kadencji.

To nie jest logika sondaży - choć też - to jest logika procesu politycznego. PiS nie ma żywej amunicji. Lech Kaczyński musi przegrać, przegrać z właśnie Tuskiem, by klęska PiS była bardziej dotkliwa. Przegrać z Tuskiem to anatema gorsza niż z Cimoszewiczem czy Szmajdzinskim. Przecież teraz cały ostrzał idzie na lidera PO. Zwycięstwo Tuska znegliżuje polityczną impotencję resztek obozu IV RP. Prezes Kaczyński de facto zejdzie wraz z bratem ze sceny. Kto go ewentualnie zastąpi czy usunie, nie będzie maiło istotnego znaczenia.

Mnie by się może kto inny widział w Pałacu Prezydenckim niż obecny pan premier, ale to są prywatne fantazje polityczne.

Jednak myślę, że Tusk za zwycięstwo powinien coś Polsce ofiarować. Powinien zainicjować reformę konstytucyjną. Niech wykorzysta do tego kadencję. Chodzi mi oczywiście o redukcję systemowego znaczenia prezydentury i przemodelowanie ustrojowe w kierunku ,,kanclerskim”. Tak by raz na zawsze usunąć źródło niszczących państwo konfliktów rządu z prezydentem.

Do takiego ustrojowego pakietu dorzuciłbym wybory prezydenta przez zgromadzenie parlamentarne (lub sejm, gdyby okazało się, że jest konsens w sprawie likwidacji senatu). Oczekuję więc, że prezydent Tusk poświęciłby znaczną część swych prerogatyw dla modernizacji ustroju. Taka samo-ograniczająca się prezydentura Tuska miałaby szansę zapisać się w naszej historii politycznej.

Każdą prezydenturę w USA, Francji czy Polsce pamięta się po latach zwykle z jakiejś jednej rzeczy (albo wcale). U nas Wałęsy z tego, że, hm, sprawiedliwości historycznej stało się zadość, Kwaśniewskiego z wejścia do UE, Kaczyńskiego - hm, niestety ja dotąd z niczego, poza sypaniem piasku w tryby rządu PO. Niechby z prezydentury Tuska zapamiętano, że dała Polsce lepszy ustrój centralny. 
 
XXXX
sm - ale z tego nic nie wynika dla idei federalnej, ani dla obsady nowych stanowisk w UE;Sebastian - te przesłanki to obserwacja polityki bieżącej w kontekście ekonomii i historii. Czy w Europie, czy globalnie jesteśmy skazani na więcej kontaktów i współdziałania. Tendencje odśrodkowe są, nawet się nasilają, ale ustąpią przed, nazwijmy to, dynamiką konstruktywną. yyc - patrz wpis piotra z sąsiedztwa;              

Pan, a może Pani Europa?

2009/10/28, środa

Unia przymierza się do wskazania, kto będzie jej ,,twarzą” - kadencyjnym przewodniczącym Rady Europejskiej. I kto będzie jej ,,ministrem spraw zagranicznych”. Oczywiście pod warunkiem, że Vaclav Klaus podpisze ,,Lizbonę”. Jakie są polskie oczekiwania, nie wiadomo. Jakich Polska ma faworytów, być może dowiemy się jutro, kiedy przetargi o obasadę tych nowych kluczowych stanowisk zaczną się w Brukseli.

Inaczej niż Polacy, Brytyjczycy weszli do gry z podniesioną przyłbicą: Mr Europe? Ależ to oczywiste: Tony Blair! Jak coś jest w grze politycznej ,,oczywiste”, to w rzeczywistości wcale nie jest. Blair - jak każdy potencjalny kandydat - ma plusy i minusy. A w zakulisowej grze brukselskiej liczy się nie tylko PR, lecz wewnętrzny układ sił.
Nie może być tak, by jedna opcja wyraźnie dominowała. ,,Prezydent”, szef Komisji Europejskiej, ,,minister spraw zagranicznych” - w tej wielkiej trojce musi być jakaś równowaga. Liczy się także geografia - żaden region nie powinien dominować - a nawet znajomość języka - akurat nie angielskiego, lecz francuskiego, by nie drażnić Francji. Z braku sformalizowanej procedury wyboru zadecydują więc względy nieformalne. To nienajlepszy start polizbońskiej reformy instytucjonalnej.

Tak czy owak, napięcie rośnie. Dla mediów nie ma większej gratki niż personalia. I w naszej prasie mamy już wysyp spekulacji i giełdę kandydatów. Blair pojawia się w niej często - ciekawe, że za są i Rosati, i Szymański, eurodeputowany PiS - choć plotki z otoczenia Tuska sugerują, że nasz rząd nie widzi go jako ,,Pana Europę”. Myślę, że nie ma zamiaru popierać także kandydata Niemiec czy Francji.

Postawimy pewno na kogoś z kontynentu, może ze strefy euro, ale też z kraju należącego do NATO i raczej mniejszego, raczej z północy niż z południa. Pasowałby tu premier Holandii Balkenende (tylko że to też opcja centroprawicowa, jak Barroso). W podobnym duchu występuje Jacek Saryusz Wolski, proponując na ,,Pana Europę” mało znanego lecz wybitnego prezydenta Estonii, Ilvesa. Podkreśla, słusznie, że jego zaletą jest też to, iż to polityk lewicowy, a więc równoważący centroprawicowego Barroso. Ale wydaje mi się mało prawdopodobne, by preferencje polskie przesądziły o wyniku brukselskich negocjacji (chyba że w jakiejś szerszej koalicji).

Ja też mam swoje typy. Oczywiście prywatne i wynikające z mojej sympatii do idei europejskiej, a ściślej do europejskiego federalizmu. Dlatego byłbym za byłym premierem Belgii Guy Verhofstadtem albo za premierem Luksemburga Jean Claudem Junckerem. To jest dla mnie prawdziwa pierwsza liga europejska.

Co mnie uderza w polskich przymiarkach, to nieobecność kandydatur kobiet. Wiadomo, pani Merkel - a nie ma dziś lepszej ,,twarzy” Europy dla świata - nie zrezygnuje z kanclerstwa. Ale są inne możliwości. Moim typem byłaby była prezydent Irlandii Mary Robinson (ponoć kiepsko z francuskim, ale politycznie niezależna) lub była prezydent Łotwy Vike-Freiberga.

XXXX
Sebastian - lubię muzykę, ale w porównaniu z dyregentem orkiestry się nie odnajduję. Jeśli już, to słyszę kakofonię, niestety. Trebeg - bardzo dziękuję i pozdrawiam
         
 

 

  

Wpadka dziennikarska

2009/10/26, poniedziałek

Nie przepadam za wytykaniem przez media błędów innych mediów, zwłaszcza konkurencyjnych. Niezbyt przekonało mnie opublikowane na kilku portalach doniesienie, że Polityka zaliczyła ,,wpadkę”, myląc studenckie seminarium politologiczne UW z oficjalnym porozumieniem dyplomatycznym turecko-ormiańskim. Rzecz warto sprawdzić i wyjaśnić. Jeśli doszło do pomyłki, przykro, nie powinna się była wydarzyć.

Nie zmienia to jednak faktu, że sam problem poprawy stosunków turecko-ormiańskich - bardzo ważny także z punktu widzenia aspiracji Ankary do członkostwa w UE - jak najbardziej istnieje, a delegacje obu państw, jak najbardziej oficjalne - kontaktują się i podejmują wspólne ustalenia, o to właśnie był temat artykułu ,,Kamienne pojednanie”.

Nie ma osoby, ani instytucji które by nigdy nie popełniły błędu.Tak samo w mediach. Ileż można przeczytać codziennie sprostowań nawet w najlepszych gazetach globalnych. New York Times pomylił niedawno powstanie w getcie z powstaniem warszawskim. W naszym największym dzienniku w korespondencji z Pragi Radę Europejską pomylono z Radą Europy. W innym nie wyłapano, że w Olsztynie, pod wysokim patronatem obecnego prezydenta RP, otwarto Aleję Ofiar Kaczyńskich.

Ta ostatnia wpadka mogła zresztą wynikać z komputerowej korekty automatycznej, która dość często płata dziś figle redaktorom, bo wielu słów po prostu nie ma zasobie, więc podstawia coś ,,podobnego”. Sam kilka razy padłem tego ofiarą, np. w tekście o historii Gruzji, gdzie nazwisko gruzińskiego przywódcy narodowego Noego Żordanii ,,przerobiło się” na ,,Noego Jordanii”.

Dobre media muszą uważać.Nie dlatego, że konkurencja nie śpi, a w internecie wyżywają się przy tej okazji różni frustraci. Dobre media powinny uważać dla obrony standardów dobrego dziennikarstwa, dziś z wielu powodów przechodzącego próbę kryzysu. 

Jednak zdrowy rozsądek podpowiada, że czyste konto wpadkowe to utopia. Renomowany tygodnik The Economist trzyma się zasady: góra dziesięć błędów na rok. To wyśrubowany standard, ale dla prasy informacyjno- opiniotwórczej chyba niezły punkt odniesienia.

XXXX
Piszę, że ,,protestantyzacja” anglikanizmu to nie mój problem, a czytam wpisy, że o tym marzę, dajcie spokój, panowie, to nie jest żadna dyskusja, tylko czepianie się czegokolwiek, byle się nie zgodzić. Podobnie z pouczeniami w formie wykładów - ten blog nie jest żadnym seminarium. Jest i zostanie tak ogólnikowy i tak szczegółowy, jak to uznam za stosowne w tym gatunku dziennikarskim. ,,pfg” - to prawda, że katolicy w UK są tacy, ale czy nie pod wpływem anglikanów? Unikałbym klisz: CoE (Church of England) tak generalnie na pewno nie jest absurdalnie lewicowy, ani politycznie poprawny. Nie chcę wracać do dyskusji o PC ani o lewicowości chrześcijańskiej. To są rzeczy bardzo złożone i kontekstowe. W naszych realiach ani odrobina PC, ani lewicowości, by katolicyzmowi nie zaszkodziły. W Anglii może jest tego za dużo - zostawmy to im do rozstrzygnięcia - w Polsce za mało. Żaden monopol nie robi myśleniu dobrze.          

Anglikanie,wracajcie do Rzymu!

2009/10/24, sobota

Z moich czasów londyńskich mam sentyment do Kościoła Anglii. Może na zasadzie kontrastu z doświadczeniem, jak to jest być katolikiem u nas. No, inaczej. Poprzestańmy na jednym: tam się uśmiechają, ksiądz mówi do rzeczy, po mszy można napić się herbaty, a nawet zjeść muffinka.

Anglikanizm jest very English/British: dziś wieloetniczny, demokratyczny, otwarty na debatę i kompromis. O korzeniach pamięta, ale nie skamieniał. Po długich dyskusjach i przygotowaniach dopuścił ordynację kobiet, nie dyskryminuje osób homoseksualnych, teraz szykuje się do ordynacji kobiet biskupów.

Ale nie ma tak dobrze: te reformy napotykają na opór części anglikanów - biskupów, księży i wiernych o nastawieniu konserwatywnym, bardzo podobnym do konserwatyzmu katolickiego. Jest ich mniejszość, ale są zorganizowani i cieszą się pełną swobodą wypowiedzi i działania wewnątrz Kościoła. Oni patrzą na Kościół Anglii inaczej niż zewnętrzni życzliwi obserwatorzy czy goście. To już nie jest Kościół Chrystusowy - żalą się - to Kościół ,,poprawności politycznej” - nie ma wyjścia, odchodzimy do Rzymu.

I Watykan wyciąga pomocną dłoń. Już w początku lat 90 przyjął kilkuset księży anglikańskich odmawiających uznania demokratycznie podjętej decyzji kościelnego ,,parlamentu” dopuszczającej kobiety do kapłaństwa (po ponownym wyświęceniu na księży rzymskokatolickich nadal pozostali w zawartych wcześniej małżeństwach).

Ale tym razem Rzym idzie duży krok dalej: zapowiada stworzenie specjalnej struktury dla anglikanów konwertytów w ramach Kościoła Benedykta XVI. To może być dodatkowa zachęta do anglikańskiego eksodusu. Watykan powiadomił o tym oficjalnie zwierzchnika Kościoła Anglii zaledwie dwa tygodnie przed faktem - co nie było eleganckie. A zwierzchnik
to bagatelizuje, tak jakby nic się nie stało. Tylko jego emerytowany poprzednik nie zgadza się na takie traktowanie przez Rzym Kościoła Anglii.
 
Myślę, że więcej racji ma ten drugi, abp Carey. Prawda, że tradycjonaliści sami szukają oparcia w Rzymie, trudno mówić o watykańskim podbieraniu dusz. Lecz ten drugi już w ostatnich dwudziestu latach kryzys anglikanizmu powinien niepokoić jego przywódców. Zachwieje on i tak kruchą równowagą nie tylko w Kościele na Wysapch lecz i w całej 80-milionowej światowej Wspólnocie Anglikańskiej, gdzie secesją grożą zwłaszcza lokalne ultrakonserwatywne Kościoły afrykańskie.   

Chyba że tak naprawdę ,,politycznie poprawna” anglikańska większość odetchnie z ulgą. Niech Benedykt konsoliduje swój Kościół z pomocą antymodernistów, rozczarowanych anglikanów czy zapiekłych lefebrystów, a Kościół Anglii niech idzie w swoją stronę. Cóż, to też jest jakaś opcja. Czy anglikanizm straci na tym część swego uroku, czy się w końcu, po 5 wiekach, sprotestantyzuje, to nie mój problem. Dla mnie byłoby ciekawe, gdyby anglikanie konwertyci zaczęli wpływać na katolicyzm rzymski, dodając do niego, mimo wszystko, choć trochę British flavour, smaku Brytanii. Ale to mrzonka: rozpuszczą się w nim bez śladu.      

Eurofobom ku refleksji

2009/10/22, czwartek

Klaus mięknie z ,,Lizboną”. Może wystarczy załącznik do traktatu, że prawo unijne nie działa wstecz także w kwestii roszczeń Niemców sudeckich. Niby to oczywiste, ale ciągle trzeba przypominać, bo rosną nowe pokolenia bez większej wiedzy historycznej i politycznej. A z drugiej strony na tej niewiedzy i złych emocjach z nią związanych narodowcy w krajach posocjalistycznych próbują zarobić wyborcze punkty.

Powojenne dekrety prezydenta Benesza, tak samo jak analogiczne powojenne zarządzenia polskie, potraktowały 3 miliony etnicznych Niemców (a także kilkadziesiąt tysięcy Węgrów) w Czechosłowacji w istocie jako zbiorowo odpowiedzialnych za zbrodnie nazizmu i kolaborację. Z dzisiejszymi standardami praw człowieka nie miało to nic wspólnego.

Ale powojenne wypędzenia działy się w epoce przed wielostronnymi porozumieniami wprowadzającymi te standardy. Za to działy się wkrótce po politycznych ustaleniach zwycięskich mocarstw w Poczdamie. Alianci Zgodzili się na przesunięcia granic i masowe wysiedlenia. Powojenny kształt Europy tu ma swoje źródło. I dlatego żaden trybunał nie rozstrzygnie na korzyść Niemców sudeckich czy ich potomków. A rząd niemiecki takich roszczeń nie poprze.

Ale nacjonaliści nie ustają w podważaniu tych oczywistości. Dziś w Czechach, ale przecież i w Słowacji (mającej problem z Węgrami), a także w Polsce. U nas ta kampania eurofobii kręciła się jeszcze przed naszym wejściem do Unii. Kiedy Klaus spuszcza z tonu, a Tusk będzie wkrótce na szczycie UE naradzał się, co dalej z ,,Lizboną”, warto przypomnieć, jak straszyli Polaków działacze LPR, dr Teresa Bloch i Roman Giertych w 2002 r.

Pretekstem była wypowiedź komisarza Verhuegena o właśnie dekretach Benesza, że należą do przeszłości, co w języku dyplomatycznym znaczy, że tym się Unia zajmować nie będzie. Narodowcy bezpodstawnie uznali to za sugestię, że po wejściu Czech do Unii dekrety muszą być odwołane. A skoro tak, to posypią się roszczenia do majątku i odszkodowań. I o to chodzi Niemcom udającym adwokatów sprawy polskiej w Brukseli: wcielić Polskę i Czechy, by wymusić zwrot zagrabionego.

Ale to tylko początek. Dalej - wieszczą nacjonalistyczne Kasandry - Unia zmusi Czechy do ponownego zasiedlenia Sudetów Niemcami, następnie podważy granicę na Odrze i Nysie i tego samego - powrotu Niemców - zażąda od Polski. Już nad tym pracuje… poseł Kuroń przygotowujący prawo o mniejszościach narodowych, czyli ,,Golgotę” masowego odbierania przez ,,obcych” polskiego majątku narodowego.

Od tych endeckich proroctw minęło siedem lat. Chyba dosyć, by przejrzeć, ile są warte analitycznie, a czemu służą politycznie.

XXXX
Bibi i inni, którzy przeczytali i zrozumieli poprzedni felieton jak Torlin, Kartka z podróży, lupin, józef, jerzy - - dzięki. Himi - pretekst taki sam dobry, jak te, które służą do ustawicznego jeżdżenia po Tusku i PO. Rozważania o relacji między kasą a treścią blogów obrzydliwe. Grubiańskim polemistom zwracam uwagę, że ani słowem nie odniosłem się do fizyczności mojego antybohatera, tylko do jego mowy ciała, polszczyzny i poglądów w sferze publicznej. Usiłują przyprawić mi gębę albo gorzej.Szczyty sarmackiej kultury. Nie rozumiem, po co ci ludzie tu zaglądają, to jakaś perwersja. Ja nie czytam tego, co z góry uważam za nic niewarte.