Warkocz Julii nie pomógł

2010/02/7, niedziela

Miło było patrzeć na Julię Tymoszenko, jak w swym obecnym wcieleniu córy Ukrainy, broni marzenia o bogatej i europejskiej ojczyźnie. Kiedy piszę te słowa, podano do wiadomości pierwsze dane oficjalne.
Po przeliczeniu 2 procent oddanych głosów przewaga ,,niebieskiego” Janukowycza nad pomarańczową Tymoszenko wynosi ponad 6 procent (51, 36: 44, 16). To sporo i możliwe, że Julia na razie swego marzenia nie będzie wcielała w życie jako prezydent.

Przegrana Tymoszenko to niedobra wiadomość. Oznacza ona zasadnicze osłabienie obozu pomarańczowych (ale nie jego całkowite zniknięcie, jak u nas AWS) . Ze sceny znika Juszczenko, Julia, zanim się pozbiera po porażce, przegrupuje szyki, będzie na drugim planie.Ale spokojnie.
 
Powtórka z Majdanu, czyli masowy bunt przeciwko wynikowi wyborów prezydenckich, nie wydaje mi się prawdopodobna. Tak samo jak jakieś inne wielkie wstrząsy polityczne. Myślę, że rację ci, którzy podkreślają, że mimo wszelkich słabości i kłopotów, demokracja ukraińska zaczyna działać. Jeśli przejęcie władzy prezydenckiej odbędzie się tak, jak w Polsce w 2005 roku, to będzie to kolejny dowód, że jest postęp.

Wystrzegajmy się w Polsce wobec Ukrainy podejścia wyższościowego, by nie powiedzieć brutalnie: quasi kolonialnego. Jak  na naród, który, poza krótkimi epizodami, może się cieszyć własnym państwem dopiero pierwszy raz w dziejach, Ukraińcy wykonali kawał roboty w polityce i gospodarce.

Marcin Wojciechowski ujął to w GW tak: Ukraina to jednak sukces; niezależnie kto wygra, Ukraina pozostanie ułomną ale jednak demokracją i dalej musi szukać rozwiązania dylematu: Europa czy Rosja. Tego za Ukraińców nie zrobią nawet Marsjanie (to z dowcipu ukraińskiego: mamy dwie opcje, jak wyjść z kryzysu: fantastyczne i realistyczne. Fantastyczne jest takie, że bierzemy się do roboty, a realistyczne, że przylatują Marsjanie i odwalają całą robotę za nas). 

Dowcip jest typowo słowiański: mieszanka goryczy, że nie jest tak, jak by mogło być, niechęci do własnego narodu na tym tle i niewiary we własne siły. Tymczasem Ukraina rządzona przez pomarańczowych, w tym premier Tymoszenko, nie zatonęła. Mirosław Czech przypomniał niedawno w Gazecie, że w żadnym momencie obecnego kryzysu ekonomicznego Ukrainie nie groziło bankructwo, a Kijów nie zadłużał finansów publicznych na polską modłę.

Ten sam publicysta zaznacza, że Ukraina wychodzi z politycznego romantyzmu, a polityka polska wobec Ukrainy, ta wytyczona przez Giedroycia, też nie ma być romantyczna, tylko pragmatyczna, co nie znaczy cyniczna.

Chodzi o to, by dzięki dobrym stosunkom z Ukrainą wzmocnić naszą pozycję w Moskwie, a dzięki solidnej pozycji w obu państwach umocnić pozycję Polski w drużynie UE. Zapewne byłoby Polsce łatwiej osiągać te cele, gdyby pomarańczowi byli silniejsi, gdyby Julia nie poróżniła się z Juszczenką tak żenująco, gdyby Juszczenko nie uległ banderowskiej pokusie nacjonalistycznej. Jeśli jednak obóz Janukowycza okazałby się rzeczywiście postromantyczny, to i z nim Warszawa może podjąć grę. Ale warkocza żal.
 
XXXX
Ten co zawsze, jeśli już się czymś męczę, to takimi polemikami jak Pańska i odsyłam od wpisu ivo; no war - odsyłam do wcześniejszego felietonu. MTR - pisałem o faszystach, a nie nazistach, chyba dostrzega Pan różnicę? bardzo Smutny Ateista: a to już mój słodki sekret, lecz z pewnością nie powinien on być ani tytułem do pesymizmu, ani do żadnych obaw. Co do możliwości i sposobów pojednania polsko-rosyjskiego, a to był wartościowy temat dyskusji pod blogiem, to mam wrażenie, iż nie ma rzeczy niemożliwych. Kiedyś wydawało się, że pojednanie i bardzo aktywna współpraca niemiecko-francuska to mrzonka. W Europie XXI w. wiele rzeczy politycznych i kulturowych wygląda inaczej niż w Europie po 1870 r., po I wojnie światowej, po II wojnie i po upadku bloku radzieckiedo. Bogumił - dzięki!         

Czy Putin manipuluje Polską w sprawie Katynia?

2010/02/5, piątek

Na katolicką neo-endecję zawsze można liczyć, że pojątrzy. Ledwo politycy i komentatorzy dobrze przyjęli wiadomość o zaproszeniu premiera Putina dla premiera Tuska uroczystość katyńską, a Nasz Dziennik, trybuna rydzykowszczyzny, już ogłasza, że nie ma się czym ekscytować, bo to sprytny manewr Putina, który ma obniżyć rangę nadchodzącego wydarzenia.

Ale i ND stosuje sprytny manewr, bo powołuje się na Rosjanina historyka z zasłużonego stowarzyszenia Memoriał Nikitę Pietrowa, a ten miał nazwać gest Putina wręcz ,,szyderstwem Kremla”. Bo Kreml tak naprawdę chce pomniejszyć znaczenie moralne i polityczne uroczystości.

Nie udało mi się w Internecie odnaleźć żadnej wypowiedzi Pietrowa, w której padają te zarzuty, ale nie twierdzę, że jej nie było. Przeciwnie, jest to całkiem prawdopodobne, bo Memoriał od lat stara się wyleczyć Rosjan z kultu Stalina i pokazać na dowodach historycznych, że to sami Rosjanie byli ofiarami stalinizmu i są nimi psychologicznie do dziś, broniąc się przed przyjęciem tej prawdy do  świadomości.

Pietrow miał też podkreślić, że widziałby uroczystość z udziałem prezydenta Kaczyńskiego, ale czy i prezydenta Miedwiediewa: tego się z ND nie dowiadujemy. Nie wiadomo także, czemu ambitny Putin miałby z własnej inicjatywy obniżać rangę obchodów rocznicowych,  których ma być gospodarzem.

Pisałem i w blogu, i w ,,Opiniach” w polityce. pl, że osobiście wolałbym, by gospodarzem był akurat Miedwiediew. Ale będzie Putin. A ten, co zrozumiałe, zaprosił swego protokolarnego odpowiednika: premiera Tuska. Wydaje mi się też zrozumiałe, że Putin nie kwapił się z zaproszeniem prezydenta Kaczyńskiego, bo mu pamięta poparcie prozachodnich pomarańczowych w Kijowie i proamerykańskiego prezydenta Gruzji.

Do tych negatywnych emocji dochodzi też komplikacja, jaką byłby problem prezydenta Miedwiediewa: czy premier Rosji mógłby zaprosić prezydenta Polski, a nie zaprosić Miedwiediewa, rodaka, bliskiego współpracownika, głowę państwa? A gdyby zaprosił, liczba ,,grzybów” w tym politycznym barszczu urosłaby do czterech!

I może nic złego z tego by nie wynikło, ale pewności nie ma, a ewentualne szkody, gdyby doszło do jakichś spięć między Kaczyńskim a Putinem lub Kaczyńskim a Tuskiem, byłyby wielkie, bo chodzi przecież o wydarzenie symboliczne i bezprecedensowe, mające torować drogę do prawdziwego odprężenia polsko-rosyjskiego.

Że element wewnątrz-rosyjski w tej katyńskiej układance jest dla Rosjan najważniejszy, to jasne i warto, byśmy w Polsce brali to pod uwagę. Putin chce zapewne pokazać, że jest gotów otworzyć w pełni  nowy, postalinowski i poradziecki rozdział w historii Rosji. Także w wymiarze międzynarodowym: stąd zaproszenie Tuska, a kto wie kogo jeszcze, może Buzka,  może Barosso?, ale przede wszystkim chodzi o Rosjan, o rosyjski naród polityczny.

Przez publiczne i jednoznaczne potępienie w Katyniu zbrodni stalinowskich,  w tym zbrodni na polskich oficerach, stworzyłby okazję do rewizji propagandowej wersji historii Rosji i zapalił zielone światło dla nowej tożsamości rosyjskiej na miarę XXI wieku. I w tym wesprzeć Putina i Miedwiediewa nam by się godziło.

Obecność prezydenta Kaczyńskiego na uroczystości rzecz jasna wydaje mi się absolutnie zrozumiała i jestem za, nawet gdyby nie dostał od Putina zaproszenia i przybył jako osoba prywatna (choć nie wiem, czy to w ogóle możliwe technicznie, protokolarnie i politycznie). Ale jest też coś takiego jak rozum polityczny. I mam wrażenie, że otoczenie prezydenta jakby to ignoruje i wpisuje jego wizytę  w Katyniu w kalendarz nie tylko patriotyczny, ale i wyborczy. Tusk w Katyniu w okrągłą rocznicę, a Kaczyński w Warszawie?! Nie można do tego dopuścić, by w przekazie telewizyjnym, a ten będzie intensywny, nie było prezydenta!

Może i Putin ma jakieś nieznane nam intencje, ale wynikałyby one raczej z wewnętrznej rozgrywki politycznej w Rosji i nie ma sensu od razu dezawuować zaproszenia Putina.

Nie podoba mi się bardzo, że polska nacjonalistyczna prawica katolicka zarzuca Putinowi obłudę, a tak naprawdę sama usiłuje zredukować znaczenie uroczystości, bo w ten sposób redukuje potencjalny sukces znienawidzonego przez ND premiera Tuska i jego polityki wschodniej. Atakują Putina, a w istocie zachęcają do storpedowania jego wizyty w Katyniu przez prowokowanie konfliktu Tusk-Kaczyński.

A jak ten obóz jest zapiekły i ułomny politycznie, pokazuje też i to, że przecież Kościół oficjalny, któremu niby polscy neo-nacjonaliści  są zawsze wierni, szykuje się do oddzielnych uroczystości katyńskich wraz z rosyjską Cerkwią i do wydania dokumentu wzywającego wiernych i ludzi dobrej do rozpoczęcia procesu pojednania obu narodów.       

XXXX
 Dyskusja iracka i chilijska niezbyt a propos mego poprzedniego tekstu, ale niech tam. Jednak przypomnę, wbrew tradycyjnie insynuacyjnym wpisom np. tego co zawsze, że moje ,,socjofotogramy” z Dolnego Śląska czy Tomaszowa chcą pokazać, jakim jesteśmy społeczeństwem tu i teraz, Tyveog to widzi, Lacunosus, a Pan ani ani; Michał, Europejczyk: kto tu kogo prowadzi na jakimś postronku?! Gbur chodzi sobie w glorii ,,męczennika” politycznie poprawnych i szczyci się swym grubiaństwem, jakby nic nie zrozumiał i nie chciał zrozumieć, a Panów wpisy też tak brzmią, jakbyście nie rozumieli, że argumenty ad personam są w polemice chwytami poniżej pasa. Czytajcie Retorykę Schopenhauera. Marc: częściowo się zgadzam, ale z tą polską demokracją w powijakach to jednak przesada: przez 20 lat III RP nie mieliśmy jednak zamachu stanu, nowej Berezy, bojówek antysemickich na uniwersytetach czy masy polskich entuzjastów faszyzmu (choć nie jednemu politykowi a nawet publicyście prawicy może się takie powtórki z historii i marzyły). Krebs06-zgoda! Karul: dzięki! Torlin, Rysberlin: no tak! Yyc- hm, tu mnie Pan zaskoczył: wybór między Cadbury a Wawelem jest dla mnie trudny :) Pozdrawiam! Helena: jak widzisz, nie jesteś sama w tym głuchym telefonie z Michałem.     

Gbur z Tomaszowa. Bp Pieronek przeprasza

2010/02/2, wtorek

Po sprawie czytnika z Dolnego Śląska kolejny społeczny obrazek z Polski. Tym razem z Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie lokalny działacz PO dał popis grubiaństwa, atakując miejscową dziennikarkę krytykującą pomysł ufundowania miejskiego sztandaru ,,Bogu, ojczyźnie, społeczeństwu”.

Działacz Platform w rewanżu za krytykę (moim zdaniem słuszną, bo na takie dęte proporce szkoda publicznego grosza, chyba że pan Adamus miał zamiar zapłacić z własnej kieszeni) wytyka dziennikarce, że jest zaślepioną antyklerykalizmem lesbijką, a przy okazji wykpiwa bliski premierowi Tuskowi parytet damsko-męski na listach wyborczych: ,,parytet to porażka, bo trzeba myśleć głową, a nie jajnikami”.

Jak ktoś z takimi manierami i poglądami mógł zostać tomaszowskim prominentem? Ano mógł, bo wielu Polakom, zarówno wyborcom PO, jak PiS i SLD, nie mówiąc już o katoendecji w partiach marginesu i w Kościele, takie dictum bynajmniej nie przeszkadza. Wystarczy rzucić okiem na wpisy internetowe: popis chamstwa i głupoty, jak zwykle pod hasłem walki z polityczną poprawnością.

Dzięki radiu TOK FM i portalowi Gazeta.pl news z Tomaszowa zrobił sporo szumu i wieczorem pojawiła się kolejna wiadomość: że Adamus zrezygnował z członkostwa w PO. Trzeba oddać jego politycznemu środowisku, że w ciągu dnia wyraźnie się od gbura odcięło. Więc w sumie sprawa tomaszowska wychodzi lepiej niż dolnośląska czytnikowa. 

Przypomina jednak zarazem, że mamy problem socjologiczny z naszymi partiami politycznymi. System demokratyczny musi się na nich opierać, a budujemy go w nowej Polsce już 20 lat i wciąż jest słabo zakorzeniony społecznie. Do partii, zwłaszcza poza wielkimi miastami, ciągnie między innymi specyficzny rodzaj ludzi: raczej nie tak zdolnych jak choćby do biznesu, za to ,,asertywnych” i kopiujących język i zachownia liderów oglądanych w TV, na przykład takich jak Jacek Kurski czy Grzegorz Napieralski.     

Tak jest zresztą i w innych krajach. Zwłaszcza z partiami władzy. Ludzie z apetytem na tego typu karierę i możliwości, jakie ona stwarza, trafiają do takiej czy innej partii często przez czysty przypadek. Mogą być w PO, ale tak samo dobrze w PiS czy SLD. Chodzi o to, by się ,,załapać”.

I dlatego członkostwo w tej czy innej partii nie gwarantuje, że dana osoba będzie miała adekwatne poglądy, np. antydyskryminacyjne, lub że będzie na jakimś poziomie kultury ososbistej i politycznej. 

Bp PIERONEK PRZEPRASZA

A jednak. Bp Pieronek przyznał i przeprosił, że pomówił portal Pontifex o zmanipulowanie jego wywiadu tam zamieszczonego. Dobre i to, choć dla mnie - a poświęciłem tej żenującej wypowiedzi sporo miejsca w ,,Grze w klasie”, więc czuję jakąś satysfakcję publicystyczną - to za mało. 

Bo biskup nie tłumaczy, jak mogło dojść do tego ,,wypadku przy pracy” (jego słowa), a to jest pytanie kluczowe. Na stronę Frondy nie zaglądam, bo tam trują antysemici i katoendecy, ale mam nadzieję, że opublikuje dzisiejsze oświadczenie Pieronka. To w rozmowie z tym portalem biskup zaledwie kilka dni temu zaznaczył, że ,,poglądy ma stabilne”. Jak widać, nie do końca. A na pewno nie do końca przemyślane.

               

Blair do pudła! A Miller?

2010/01/31, niedziela

Oglądałem i słuchałem byłego premiera Brytanii, jak zeznawał w sprawie wojny w Iraku przed komisją śledczą sir Johna Chilcota. Interesowało mnie, jaka będzie linia obu stron: przesłuchujących i przesłuchiwanego. Było nie było, polityka z pierwszej ligi światowej.

Rewelacji się nie spodziewałem. Blair byłby skrajnie niewiarygodny, gdyby odciął się od samego siebie w kwestii Iraku. I nie odciął się. Na rodzinach poległych w Iraku conajmniej ponad 170 żołnierzy brytyjskich (straty amerykańskie w Iraku i Afganistanie wynoszą dziś ponad 5000) nie zrobiło to tak złego wrażenia, jak na demonstrantach przed budynkiem w centrum Londynu,  gdzie pracuje komisja. Przynajmniej na tych rodzinach, które przysłuchiwały się Blairowi na sali. Demonstranci przed budynkiem przynieśli wprawdzie tablice z napisami Bliar i Jail Tony, ale agresywni nie byli.

Odegrano więc w jakimś stopniu kolejną, dobrze już znaną odsłonę tego samego politycznego dramatu: choć co czwarty Brytyjczyk oczekuje postawienia Blaira pod sąd za zbrodnie wojenne w Iraku, a większość uważa pójście na wojnę razem z Bushem przeciwko narodowo-socjalistycznej despotii Saddama za niewybaczalny błąd i nie życzy sobie czegoś podobnego w przyszłości, to jednak w sumie miałem wrażenie, iż Blairowi przesłuchanie na pewno nie pomogło, ale też już bardziej nie zaszkodziło.

I w komisji, i wśród publiczności, wyczuwało się respekt przed publiczną personą Blaira: byłego wieloletniego szefa rządu jednego z najsilniejszych państw świata, dziś specjalnego wysłannika UE od Bliskiego Wschodu, orędownika pomocy dla Afryki i człowieka ponoć bardzo pobożnego, nie tylko odkąd przeszedł na katolicyzm.

To wbrew pozorom w pacyfistycznie nastawionym społeczeństwie brytyjskim nie jest tak źle przyjmowane, mimo możliwych skojarzeń, z ,,powtórnie narodzonym” chrześcijaninem Bushem, bo w Brytanii wciąż silna jest tradycja chrześcijańsko-socjalistyczna i pobożność Blaira się w nią wpisuje.

Z wielogodzinnych zeznań Blaira najbardziej zapamiętałem dwie rzeczy: że ataki 11 września były dla niego cezurą, która kazała mu zrewidować ocenę ryzyka, jakie przedstawia dla regionu i świata reżim Saddama oraz wątek prokuratora generalnego w latach przed drugą wojną iracką, lorda Goldsmitha, który tuż przed atakiem zmienił zdanie i poparł udział Brytyjczyków w tej interwencji. Brzmiało to wszystko dość przekonująco w tym sensie, że pozwalało zaglądnąć za kulisy władzy, kiedy podejmuje się historyczne decyzje. Na co dzień nie mamy takie okazji. 

No cóż, Blair kontynuował po prostu politykę specjalnych relacji brytyjsko-amerykańskich i jest naiwnością uważać, że mógł od niej odstąpić po 11 września. A zatem sprawa była przesądzona nawet gdyby Blair wiedział na sto procent, że Saddam nie ma bomby atomowej czy jakiejś innej zarazy, a pogróżki o 45 minutach potrzebnych Irakowi do uruchomienia broni masowego rażenia są propagandą lub odnoszą się do mniej niebezpiecznych arsenałów. Na wojnę i tak by poszedł, bo szedł na nią Wuj Sam.

Ale może to nieprawda, że Brytyjczycy zawsze muszą razem z Amerykanami? W 1956 r. poszli poniekąd przeciwko nim podczas kryzysu sueskiego. Może w ogóle  nie jest tak, że państwa zachodnie muszą zawsze ze Stanami? Francuzi skoncentrowali się po katastrofie sueskiej na sojuszu z nowymi, demokratycznymi Niemcami i oba narody oraz prawie cała Europa na tym bardzo skorzystały.

Francja postanowiła trzymać się Niemiec, a nie Ameryki i dzięki temu powstała w powojennej polityce zachodniej nie-konfrontacyjna alternatywa. Blair wybrał kontynuację, ale ciekawe, co by było, gdyby wybrał opcję ,,francuską”.

A co było, gdyby wybrał ją premier Miller? Jak by to wpłynęło na zamiary Busha i Blaira? Oczywiście w proporcji do realnego politycznego i militarnego znaczenia Polski u progu interwencji w Iraku. To znaczenie nie było takie małe i mogło utwierdzić Anglosasów w przekonaniu, że Bóg i historia są po stronie doktryny interwencji w obronie demokracji i praw człowieka.

Może są, może nie.

Ale Miller na pewno przed żadną komisją nam nie opowie swojej wersji wydarzeń, która prowadziła go, z jego biografią polityczną, do wyboru opc ji ,,brytyjskiej” a nie ,,francuskiej” w kwestii Iraku. A szkoda. To mogłaby być fascynująca opowieść o polityce polskiej.

XXXX
Wbrew malkontentom typu Levara dyskusja na tematy kościelno-pieronkowe okazała się wartka i inspirująca. Dziękuję zwłaszcza za wpisy Jacobsky’emu, Kartce z podróży, PIRSowi, PA2155, divakowi2(Świdnica! Mieszkałem tam w latach 60, uwielbiałem chodzić na opuszczony cmentarz przy Zborze Pokoju); Sebastian: jak Pan może przekonać się po postach, sprawa czytnika nie jest bynajmniej lokalna i bez znaczenia, tylko wymowna i diagnostyczna, dlatego o  niej napisałem w myśl klasycznej zasady publicystycznej: od szczegółu do uogólnienia, z całym ryzykiem. Co do niemowlaka: musi Pan szukać ratunku u protestantów :). Tyveog: coś się Panu znów za szybko napisało. Nie mówię i nie ubolewam, że dzieci przesadnie kotrolowane wyrosną na ateistów, tylko że mogą narobić głupstw, kiedy wreszcie będą mogły odreagować takich rodziców i wikarych na swobodzie.  Laudate44, pawile, xapur: dzięki; co do filmu patrz wpis pfg (swoją drogą bardzo ciekawy, ten motyw SF nie przyszedł mi do głowy, ale zobacz też ,,kazek”. Wodnik53: OK. Michał: z tym krzyżem na łbach bydlęcych to nieporozumienie, ani ja, ani cytowany internauta tego nie sugerowali. Andrzej@CA: obsesja na punkcie Kościoła? Widać nie zna Pan tego, co na ten temat piszę tu, w Polityce papierowej i gdzie indziej, także w czasopismach katolickich, jak Więź czy Znak, a dawniej w Tygodniku Powszechnym, albo Pan tego nie ogarnia. Tymczasem bp Pieronek brnie dalej, tym razem w wywiadzie dla prawicowo-katolickiej Frondy, w obronę tego, co powiedział Pontifeksowi, a co jest nie do obrony. Pan pewnie, i myślący podobnie jak Pan, uznają, że to też moja obsesja, ja uważam, że to mój obowiązek ze względu na wagę sprawy i publiczne znaczenie biskupa Pieronka. rs: e, tyle tu ciekawych wpisów, a Pan chyba rzeczywiście nie zrozumiał ani mnie, ani ich autorów.    

Przez czytnik do Boga Superkontrolera, czyli jak wikary z rodzicami ateizuje młodzież

2010/01/28, czwartek

W jednej z parafii na Dolnym Śląsku rodzice namówili wikarego, by założył czytnik linii papilarnych do sprawdzania, czy przygotowujący się do bierzmowania gimnazjaliści, ich dzieci, chodzą na mszę. E, tam czytnik, lepiej od razu wyrżnąć im na czołach znak krzyża jak bydłu, skomentował tę wiadomość jakiś internauta.
Tak daleko jak on się nie posunę.
Wolę mniej brutalny komentarz własnej żony, praktykującej katoliczki: To może ustawić czytniki zamiast wody święconej u wejścia do kościoła. Parafia będzie wreszcie dokładnie wiedziała, kto i jak często przychodzi na mszę, a taka wiedza jest cenna w kontrolowaniu parafian. (Otwiera się tu pole do burzy mózgów, gdzie by jeszcze i w jakim celu założyć wiernym czytniki, ale daruję sobie).     

Ale i mnie ta historia bulwersuje. Pomijam aspekt czysto prawny: czy to w ogóle jest legalne mieć taki czytnik do takich celów. Niech się tym zajmie kto powinien. Rzecznik Praw Obywatelskich miał się dziś wypowiedzieć, ale niczego na witrynie RPO nie ma. Zresztą byłoby to dla mnie zaskoczenie, bo dr Kochanowski do Kościoła pytań, o ile pamiętam, nie ma, jak to typowy polski konserwatysta.

Jednak równie ważne, a może ważniejsze, wydaje mi się to, co pomysł z czytnikiem mówi o parafii i rodzicach.    

A mówi fatalnie. Najpierw o rodzicach. Tylko w trzech przypadkach na dobrze ponad sto rodzice zaprotestowali. To znaczy zachowali się normalnie. Nie ulegli rozlewającej się po Polsce paranoi permanentnego monitorowania i kontrolowania jako metody wychowawczej.

I to ta mikro-mniejszość ma większe szanse, że dzieci wyrosną na ludzi niż czytnikowa większość. Bo jak chcesz mieć  normalne dziecko, nie kontroluj go zawsze i wszędzie. A jak kontrolujesz, to się nie dziw, że dostaje małpiego rozumu, kiedy wreszcie przyjdzie moment wolności.

Co do religii. Pobranie odcisków odbierane jest jako ingerencja w naszą prywatność, wręcz jako upokorzenie :choćby przez skojarzenie z kryminalistami i terrorystami. Religia uczy, żeby szanować godność ludzką. Żeby wychowywać do odpowiedzialności i wolności.

Dojrzałe chrześcijaństwo odrzuca przymus i konformizm. Patrzy na Boga z nadzieją, a nie ze strachem. Bóg Superkontroler to wizja totalitarna, odpychająca od Boga, Kościoła i w ogóle religii. Jak zatem śląski wikary i proboszcz jego parafii mogli się zgodzić na ten absurdalny pomysł z czytnikiem? Przecież to wszystko razem prowadzi do ateizacji skuteczniej niż elitarne książki Richarda Dawkinsa.

Ano jasne że mogli, bo to ogniwo w tym samym absurdalnym łańcuchu kontroli i biurokracji, jakim od dziesięcioleci, bez różnicy: za komuny i w wolnej Polsce, skrępowane jest życie kościelne polskich katolików. Kartki do spowiedzi i zaświadczenia przedślubne, kursy, egzaminy. Świeccy i duchowni, pokolenie za pokoleniem, już chyba nie wiedzą, że tak być w Kościele nie musi. Że to choroba katolicyzmu polskiego, a nie powszechnego.

I tak rosną nam katolicy zarazem infantylni i autorytarni. Kościół oddałby społeczeństwu przysługę nie przez instalowanie czytników, lecz przez pokazywanie, na czym polega dojrzałość społeczna katolickich rodziców i obywateli.

 

Rozbiórka Pieronka

2010/01/26, wtorek

Gdyby bp Pieronek nie brnął w pokrętne wyjaśnienia, nie wracałbym do tematu. Ale brnie, a na dodatek portal Pontifex wyraża zdumienie uwagami biskupami po publikacji.

 
Zajrzałem na ten portal: wszystko, co podały polskie media, się zgadza. Przy okazji wyszukiwarka portalu wyrzuciła listę kilkunastu wypowiedzi Pieronka udzielonych Pontifeksowi przez Polaka. Znaczy- bywalec. A zatem wie dobrze, z kim ma do czynienia. A to, że zapowiedział, iż nie oczekuje od portalu sprostowania, znaczy, że jego wypowiedź nie jest, jak teraz sugeruje, zmanipulowana. 

Teraz rozbiórka: siedem krytycznych dopowiedzeń do słów biskupa 

1 Szoa to wymysł żydowski.

Brzmi jak z słownika negacjonistów. Ale wiem ? znam biskupa od wielu lat, nie jeden wywiad z nim przeprowadziłem, nie jeden raz stawałem po jego stronie jako publicysta, gdy był brutalnie atakowany we własnym Kościele i przez katoenedecję  - że Pieronek tu jest poza wszelkim podejrzeniem. Chciał powiedzieć, że termin Szoa (Shoah), rzeczywiście hebrajski, pojawił się w szerokim obiegu nie od razu podczas czy po wojnie, lecz później, kiedy świat zaczął sobie w pełni uświadamiać, jaka jest skala zbrodni nazizmu na Żydach.  

2 Pamięć o Holokauście służy jako broń propagandowa do osiągania często nieuzasadnionych korzyści

Tu biskup powtarza tezę o ,,przemyśle Holokaust”. Polskiemu duchownemu wysokiego szczebla i to z otoczenia Karola Wojtyły takich rzeczy mówić nie wypada. Niech się o to spierają historycy i publicyści w Izraelu i gdzie indziej, ale w Polsce takie słowa czynią z Pieronka stronnika zapiekłych krytyków Izraela. To nie jest rola biskupa.

3 Szoa ma integrować społeczność żydowską; to propaganda na rzecz narodu żydowskiego

Znów język podejrzeń i niechęci, choć bp Pieronek chyba by nie krytykował jakiejś idei integrującej społeczność polską w świecie. Zestawienie ,,propagandy” z Szoa jest nie do przyjęcia; ,,propaganda” ma w Polsce zabarwienie negatywne. Potwierdza to sam Pieronek, kiedy twierdzi( w rozmowie z Katarzyną Wiśniewską) , że przecież w mediach jest pełno propagandy.

4 Żydzi mają dobrą prasę, finanse, poparcie USA i to rodzi w nich arogancję

Prawie to samo przeczytamy w pierwszym lepszym polskim lub zagranicznym pisemku czy portalu antysemickim. 

5 Kto mówi o polskim antysemityzmie, ten nie uczył się historii.

Taki argument oznacza, że polski antysemityzm jest wymysłem ignorantów czy polonofobów. Jakie są fakty, w dobie Internetu łatwo sprawdzić, a najlepiej przeczytać samemu kilka książek podstawowych kompetentnych autorów polskich i zagranicznych, nie tylko historyków, lecz i pisarzy, tych, którzy widzieli, ocaleli i dali świadectwo.

6 Nieprawda, że w obozach ginęli wyłącznie Żydzi.

W obozach zagłady takich jak Treblinka II ginęli wyłącznie Żydzi. Kto się uczył historii, ten wie.  

7 Międzynarodowe lobbies stoją za zmową milczenia o niesprawiedliwości wyrządzanej Palestyńczykom

Co to za lobbies? Zapewne też Żydzi. Przeskok od Szoa do Palestyńczyków w stylu potężnego dziś lobby antyizraelskiego. Chyba nie bez kozery na katolickim portalu. Polityka Kościoła jest pro palestyńska. Zmowa milczenia? No chyba, że biskup  nie ma telewizji satelitarnej i Internetu. Dzień pamięci o Palestynie? Biskup zestawia tym samym palestyńskie ofiary konfliktu izraelsko-palestyńskiego z ofiarami Holokaustu, czyli zbrodni ludobójstwa.

O co chodzi?
Niedługo przed tą wypowiedzią bp Pieronek udzielił termu samemu portalowi innej, gwałtownie krytykującej protesty żydowskie przeciwko beatyfikacji Piusa XII. Być może portal uznał, że teraz będzie dobrze mieć krytyczny głos biskupa z Polski, a więc z kraju wybranego przez nazistów na miejsce ludobójstwa na Żydach, o manipulowaniu Zagładą przez współczesnych Żydów.

Po co to Pontifeksowi, jest jasne: bronić Piusa przez ,,demaskowanie” jego ,,aroganckich” żydowskich krytyków. Ale po co to Pieronkowi? Żeby sobie pofolgował tak jak z feministycznym betonem czy obroną Kościelnej Komisji Majątkowej? Nie pojmuję, co się dzieje z bp Pieronkiem.

Ksiądz w Sieci/Bp Pieronek o Holokauście

2010/01/24, niedziela

Używajcie Internetu jako duszpasterze, wzywa księży Benedykt XVI z okazji Światowego Dnia Komunikacji Społecznej. Niespecjalnie lubię takie apele. Treści w nich tyle co aniołek napłakał. Reszta to frazesy i pobożna życzenia.
Kościół w Polsce też nas raczy takimi apelami. Ostatnio o ochronę mowy ojczystej. Nic w tym złego nie ma, ale takie apele nabrałyby większego znaczenia wówczas, gdyby Kościół apelował też do księży, aby na przykład mówili lepsze kazania lub wystrzegali się agresji w publicznych wypowiedziach na temat innych osób.

Prawda, że polszczyzna i gdzie indziej, choćby w sejmie czy w mediach, zwłaszcza w telewizji i Internecie, schodzi na psy, ale skoro już się pisze list pasterski, to i o kościelnej nowomowie i grubiaństwie niektórych ,,szafarzy” słowa polskiego należy wspomnieć. Poprawy to nie przyniesie, ale przynajmniej jest uczciwe.     

Apel Benedykta nabiera jednak pewnego znaczenia na tle dawnej postawy Kościoła wobec świeckich ,,nowinek” - zwykle niechętnej. A tu proszę, wyraźna zachęta. Złośliwi by powiedzieli, że to efekt niedawnej wpadki Watykanu z biskupem negacjonistą Williamsonem. Przecież gdyby prałaci byli komputerowymi alfabetami, to by wpadki uniknęli, sprawdziwszy w Internecie, jakie poglądy ma w sprawie Holokaustu  biskup lefebrysta, z którego papież zdjął ekskomunikę.

W liście papieskim są trafne uwagi o tym, by księża operujący w Sieci nie mylili ewangelizacji z robieniem z siebie celebrytów. I by pamiętali, że Internet to jest przestrzeń, gdzie mogą spotkać ludzi innych wiar, a także niewierzących, którym należy się szacunek jako osobom ludzkim obdarzonym taką samą godnością.
O, tu mi się list podoba i marzyłbym, by takie uwagi umieli w swych okólnikach pomieścić i polscy biskupi. (A swoją drogą podobny grzech dehumanizacji przeciwnika czy antagonisty mają na sumieniu najbardziej zapiekli antyklerykałowie czy ateiści ).

Z racji zawodowych, ale i dlatego, że świat religii fascynuje mnie od lat szkolnych, zaglądam prawie codziennie na witryny czy blogi religijne. Na polskie znacznie rzadziej niż na zagraniczne. 
W polskim Internecie katolickim dominuje kościelna ortodoksja, a politycznie prawica, głównie pisowska. Młode pokolenie katolików radzi sobie z nowymi mediami całkiem dobrze, ale w celach raczej nienowoczesnych. Także księża bez większych oporów (i wbrew wspomnianemu wyżej napomnieniu B16)  potrafią walnąć w tych, których mają za złych katolików lub za złych ludzi, tylko dlatego, że nie są on tak ortodoksyjni lub narodowo-prawicowi jak oni by chcieli. 

Ja zawsze wolałem myśl i informację niezależną, choć niekoniecznie zawsze kontestującą, bo to też w końcu robi się nieciekawe.

BP PIERONEK O ZAGŁADZIE ŻYDÓW

Włoski portal Pontifex nie jest oficjalny, nie wyraża opinii Watykanu, ani Kościoła, lecz swoje i zaproszonych gości. To nie zmienia faktu, że bp Pieronek nie powinien był mówić tego, co powiedział dla owego portalu. Biskupowi katolickiemu z Polski, z diecezji JP2, po prostu się nie godzi;

Dziś biskup łagodzi - nieprzekonująco - swoją wypowiedź, ale w świat już poszła i wyrządza ogromne szkody, przede wszystkim pamięci Żydów ofiar Zagłady i ich bliskim. 

Odnoszenie się do wypowiedzi bp Pieronka nie ma sensu, bo wyglądałoby albo na próbę usprawiedliwienia tego, czego się usprawiedliwić nie da (obraźliwych dla faktów i sumień dywagacji), albo na wchodzenie z tą wypowiedzią w jakąś poważną dyskusję, na co ona nie zasługuje.

I tak życie dopisuje paragraf do apelu B16 o posłudze katolików w Internecie. Ból i wstyd.

Są jednak i duszapsterze, o jakich chodziło Benedyktowi. Oto reakcja na wypowiedź bp Pieronka jezuity o. Augustyna: http://www.deon.pl/religia/kosciol/komentarze/art,53,o-wypowiedzi-biskupa-komentarz-j-augustyna-sj.html     

Obama da radę

2010/01/21, czwartek

Chyba nikt nie jest tak ostro podzielony w sprawie Obamy jak Amerykanie i Polacy. I u nas, i u nich mamy obamo-żerców i obamo-entuzjastów na społecznych flankach i obamo-realistów bliżej środka. Tych ostatnich w rok po zaprzysiężeniu prezydenta przybywa, ale emocje nadal są tak silne, że zamazują obraz.

Tymczasem Barack Obama wciąż ma szansę i na drugą kadencję, i na wybitne miejsce w historii.
Wyciąganie radykalnych wniosków z wygranej republikanina w stanie senatora Kennedy’ego jest tak samo niedorzeczne jak polskie dywagacje  o zmieniających się jak w kalejdoskopie wynikach sondaży politycznych.

(Nawiasem mówiąc, szczególnie żałosne były te wywołane sondażem o rzekomym drastycznym spadku poparcia dla PO. Żył ten sondaż jeden dzień, tak jakby miał za cel przede wszystkim podbicie wskaźnika cytowań stacji, która go puściła w obieg, a poważni komentatorzy dali się nabrać.)

Tak, Obama będzie miał więcej do roboty w polityce krajowej. Będzie miał nowy kłopot z przeprowadzeniem reformy ubezpieczeń i zdrowia, a demokraci poniosą straty w nadchodzących wyborach. Czeka go też walka z bezrobociem i innymi skutkami recesji. No i z rosnącym sceptycyzmem na temat wojen w Afganistanie, Iraku, a może i Iranie. I myślę, że sobie z tymi wyzwaniami poradzi.

Obama jest inteligentny, chłodno analityczny, a nieuprzedzeni obserwatorzy (nie ma ich wielu) podkreślają, że ma przy tym umiejętność słuchania innych, zwłaszcza mających inne zdanie niż on. Dlatego podejmuje decyzje nie tak szybko i nie takie, jak życzyli by sobie niektórzy jego admiratorzy, np. w sprawie Gitmo czy Afganistanu.

Jest po prostu kolejnym prezydentem tego samego państwa i musi respektować generalną linię jego polityki, co nie przeszkadza, by prezydenturę ubarwił czymś osobistym, jak właśnie to czyni, kiedy podróżuje po świecie. A sprawia mu to wyraźną przyjemność, prawie jak, nie przymierzając, Janowi Pawłowi II. (Elementarz przywódcy, którego np. Lech Kaczyński zaczął się uczyć za późno i nieskutecznie).

Obama powinien jednak uważać, żeby nie skończył jak Gorbaczow (fetowany w świecie, w ojczyźnie ignorowany)  lub jak Carter, prezydent idealista, przekreślony przez porażki w polityce zagranicznej.
Dlatego Barack Obama idzie w dobrą stronę, kiedy przesuwa się ku centrum. Straci być może część swych lewicowych entuzjastów, ale zbuforuje w ten sposób ofensywę prawicowych populistów podszytą nie raz, takie mam wrażenie, zwyczajnym rasizmem.

W ruchu protestu przeciwko reformie ubezpieczeń jakoś nie widać czarnoskórych, dominuje biała niższa klasa średnia; tak, tak, wściekłych rasistów nie brakuje i wśród czarnych, ale to inny temat. Dziś oddaję prezydentowi  Obamie, co prezydenckie.

XXXX
Joanna, Michał: jestem zaskoczony podniesionym wątkiem rzekomej inwazji czy okupacji amerykańskiej w Haiti; gdyby nie te posiłki, anarchia byłaby już nie do opanowania, a pomoc niemożliwa. ONZ, a przecież to nie jest pies łańcuchowy Jankesów, zabiegała i zabiega o to samo, czyli o ekspedycję sił międzynarodowych, a Amerykanie się nie sprzeciwili. Szczerze mówiąc, jakiś amerykańsko-ONZ-owski  protektorat może się okazać nieunikniony, by Haiti w ogóle się podniosło. Podobnie irracjonalne wydają mi się spekulacje, czemu katastrofa zdarzyła się w Haiti, a w Dominikanie wcale: znaczy co? Że Amerykanie wywołali sztuczne trzęsienie ziemi, by mieć pretekst do ,,inwazji”??? Andrzej@CA: wyrazu mierzwa używam polemicznie, przeciwko fundamentalistycznej pogardzie; Wodnik53 ? myślę podobnie i o złej roli św. Bernarda, i o postępującej infantylizacji współczesnego świata, i o wudu. Seiendes: racja! Pielnia 1: takoż! Justyna: dzięki. Dziękuję także Jacobsky’emu (zbieżne uwagi o nazizmie i TV wyrażam tu: http://archiwum.polityka.pl/art/zbojecki-urok-radykalow,426313.html     )Roman56: ciekawe; Kartka z podróży: o rany boskie!    

Tragedia Haiti to kara za czarowników

2010/01/19, wtorek

Jakby za mało nieszczęść spadło na Haiti, swojego kopniaka wymierzył jeszcze pastor Pat Robertson, baptysta fundamentalista. Ten, co się wsławił po zniszczeniu Nowego Orleanu przez huragan Katrina podobną fatwą jak teraz po trzęsieniu ziemi na Haiti.

Nowy Orlean miał być karą, jaką Bóg spuścił na Amerykę za legalność aborcji. Teraz dziesiątki tysięcy ofiar haitańskich uznał za karę Boską za jakiś rzekomy pakt z diabłem zawartym przez wyznawców wudu (voo doo) z diabłem dwieście lat temu, kiedy Haiti wybiło się na niepodległość od Francji.

To fascynujące, że w USA wciąż można prawić takie brechty i nie wypaść na out na zawsze. Pastor jest prawicowym fundamentalistą, więc trzyma się we wszystkim Biblii rozumianej dosłownie ale zawsze tak, by była młotem na to, co uważa za diabelstwo świata innego niż świat fundamentalistów .

Tym razem w tej szatańskiej roli Robertson obsadza przywiezioną przez niewolników z Afryki religię animistyczną, o której zapewne nie ma bladego pojęcia, bo co się będzie zajmował poganami i to jeszcze czarnymi, na dodatek podszywającymi się pod gorliwych chrześcijan. Gorliwy to jest pastor i jego amerykańscy neo-purytanie.    Liczbę wuduystów szacuje się na góra 20 proc. prawie 10-milionowej ludności Haiti.  

Z fatwami pastora dyskutował nie będę. Jego wizja Boga jako mściciela wydającego ludzi na mękę i śmierć jest w moim pojęciu ciężką zniewagą Boga, w jakiego wierzą chrześcijanie. Tak samo jak jego wizja historii jako pasma Bożych interwencji, do których Bóg używa krwi i cierpienia ludzi, o tak, na chybił trafił. W tym ujęciu ludzie nie mają żadnego znaczenia i wartości jako jednostki. Tworzą bezkształtną masę skazaną na zagładę przez kapryśne bóstwo. Czy za taką mierzwę umierał Jezus?   

Są niestety i w Polsce tacy chrześcijanie, którym wizje pastora by pasowały. I nie tylko w Polsce. Po katastrofie tsunami z różnych miejsc świata wyszły interpretacje, że to kara za seks- turystkę w Azji Południowo-wschodniej.

Jakie patologie duszy stoją za tymi teoriami? Ja w nich widzę sadyzm, czerpanie rozkoszy z cierpienia i strachu innych.

 XXXX
Michał: no, za ostro i nie bardzo na temat, ale skoro już Pan wzywa stronę żydowską do bicia się w piersi, to zaznaczam, że rabini wielokrotnie brali udział w spotkaniach z papieżami JPII i BXVI i zachęcam do lektury postów polemicznych, np. Wodnika 53; moją intencją nie było jednak prowokowanie dyskusji o Piusie XII, ,,papieżu Hitlera” (autor tej książki, były ksiądz katolicki, spuścił po latach z tonu i przyznał, że tytuł nie odpowiada prawdzie). Mam wrażenie, że na razie wszystkie argumenty za i przeciw kanonizacji zostały przedstawione. Zainteresowani mogą przeczytać, co pisałem na ten temat w Polityce: http://archiwum.polityka.pl/art/wojna-o-piusa-xii,355002.html i http://archiwum.polityka.pl/art/sumienie-namiestnika,391807.html. Michał i rysberlin: co do książki Rigga, osoby które są tu dla mnie autorytetem (np. prof. Cesarani), nie mają o niej dobrego zdania, zwracają uwagę, że Rigg pisze o osobach pochodzenia mieszanego, niemiecko-żydowskiego, co wypacza prawdziwy obraz. Kartka z podróży: dzięki za ,,syna gromu” i wątek ODESSy. Jacobsky - dobre! Sebastian: może tak, może nie, ale wpis mnie zaciekawił.               
   

Benedykt XVI w synagodze rzymskiej: gest pojednawczy

2010/01/17, niedziela

Dobrze, że papież odwiedził synagogę rzymską w rocznicę nazistowskiej  wywózki ponad tysiąca rzymskich Żydów, lecz dzisiejsza wizyta, choć ważna, nie jest historyczna. Historyczna była wizyta w tej samej synagodze nad Tybrem złożona w 1986 r. przez Jana Pawła II. Pierwsza taka wizyta w dziejach obu religii. Coś, co jeszcze kilkanaście lat wcześniej było nie do wyobrażenia: papież w synagodze! Następca apostoła Piotra w świątyni najstarszej gminy żydowskiej w Europie. Aż się kręci w głowie od gęstych symbolicznych znaczeń.  

Nie byłoby tego przełomu bez soborowej deklaracji kościelnej Nostra aetate z 1965 r..Czytamy w niej, że nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani przeklętych przez Boga: to wskazówka dla katechetów i kaznodziejów, a także, iż Kościół, pamiętając o wspólnym dziedzictwie z Żydami, potępia i opłakuje akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane przeciwko Żydom.

Wiele wody upłynęło od tego czasu w Tybrze. Synagoga rzymska stoi po przeciwnej stronie rzeki niż Watykan. Ale bez trudu można z placu św. Piotra przejść spacerem. Trzeba było jednak czekać dziesiątki a nawet setki lat, by pokonać tak krótki dystans w umysłach i sumieniach. I w końcu papież Wojtyła przeszedł na drugi brzeg Tybru.
Ostatnio Tybr zaczął jednak znów się rozszerzać, odległość między placem św. Piotra a główną synagogą Rzymu znów zaczęła się wydłużać. A kiedy kilka tygodni temu papież Benedykt podpisał dokument torujący drogę do niechętnie przez Żydów widzianej kanonizacji Piusa XII, Tybr stosunków katolicko-żydowskich zamienił się w Amazonkę.

Podpis papież złożył zaledwie kilka tygodni temu, wiedząc, że wkrótce ma spotkać się z Żydami w synagodze. Takie wizyty są uzgadniane dużo wcześniej. Papież przyjął zaproszenie rabina Rzymu. Czemu ani sam Benedykt, ani nikt z prałatów nie dostrzegł, że ta bliskość obu wydarzeń, podpisania dekretu o moralnym heroizmie Piusa i planowanej wizyty w synagodze, może część Żydów bulwersować jako przejaw lekceważenia ich wątpliwości na temat polityki Piusa XII względem hitlerowskiej Rzeszy?  

Żydzi są wprawdzie w kwestii dekretu podzieleni, ale większość uważa, że Watykan wysłał zły sygnał, ignorując ich prośby o wstrzymanie się z kanonizacją i o dopuszczenie wszystkich zainteresowanych historyków do tej części archiwum watykańskiego, która zawiera dokumenty z czasów pontyfikatu Piusa XII, aby mogli zbadać, czy papież Pacelli rzeczywiście nie mógł zrobić więcej dla ratowania Żydów od zagłady w Rzymie i Europie.

Dziś popołudniu Tybr znów się zwęził. Wizyta miała uroczysty i godny przebieg, a przesłanie papieskie wydaje mi się trafne. Benedykt wpisał swe odwiedziny w rzymskiej bożnicy w soborowy proces pojednania i dialogu katolicko-żydowskiego.

Bronił Piusa, ale akcentował wspólnotę korzeni wiary żydowskiej i wiary chrześcijańskiej i wynikające z tej wspólnoty współczesne obowiązki religijno-etyczne, potrzebę współdziałania i wzajemnego zrozumienia. Nie dotknął tematu niewywiązywania się państwa Izrael z porozumień z Watykanem w kwestii ułatwień dla działania Kościoła w Ziemi Świętej.

Mowę papieża przenikał duch Nostra aetate. Jestem zbudowany.      

Haiti: co z tą pomocą?

2010/01/15, piątek

Ponoć wobec klęsk naturalnych decydujące są pierwsze trzy doby. To już. Samoloty lądują, ratownicy z psami i sprzętem się instalują, zaczyna się dystrybucja wody, żywności i leków.
Szanse, że ocali to życie uwięzionym w gruzach, są jednak coraz mniejsze, choć i dziś takie cuda się zdarzyły, np. z dwulatkiem i pracownikiem ONZ. Przekazy telewizyjne koncentrują się, jak to w mediach, na indywidualnych dramatach i na ogólnym chaosie. Na razie jednak unikają jeszcze szukania kozłów ofiarnych: kto jak sobie daje lub nie daje rady z katastrofą, choć powinien, bo ma władzę polityczną czy ekonomiczną .

Faza ratowania lada moment się skończy, przyjdzie czas na fazę odbudowy, dużo dłuższą i równie ważną jak ratunkowa. Trzeba zachować zimną krew, choć się burzy od emocji.      

Za to u nas od rana jakaś gorączka. W TOK FM w poranku publicystów ton nieco histeryczny: gdzie ta pomoc międzynarodowa? Ależ jest: taka jaka może być na początku. Prawda, że pierwsza deklaracja polskiego MSZ o 50 tysiącach dolarów to był kiks, ale został szybko naprawiony, choć 200 tysięcy to też suma symboliczna. W połączeniu z wysłaniem kilkudziesięciu ratowników nabiera już jednak pewnego ciężaru.

Milionowe obietnice napływają z wielu krajów, od rządów i od organizacji społecznych i darczyńców prywatnych. Ba!Kuba idzie na rękę Obamie i przepuszcza amerykańskie samoloty z darami przez swoją przestrzeń powietrzną (nie doszperałem się, czy i jaką pomoc deklarują dla Haiti Castro i Chavez).

W Polsce, choć ledwo tydzień temu sypnęła niezłym groszem na Wielką Orkiestrę, portfele znów poszły w ruch, jak twierdzą na przykład przedstawiciele polskiej kościelnej Caritas. A więc nie jest tak źle. Ani w świecie, ani w Polsce.

Jak ta pomoc, płynąca coraz szerszym strumieniem, zostanie ostatecznie spożytkowana, to oczywiście sprawa kluczowa. Pani Ochojska ostrzega przed jej rozkradzeniem. Mam nadzieję, że to się nie potwierdzi i że darczyńcy mają swoje sposoby, by korupcję i kradzież redukować. Nie łudźmy się jednak, że jest to całkowicie do uniknięcia. Nie jest ani w Haiti, ani w żadnym innym biednym i źle zorganizowanym kraju dotkniętym zbiorowym nieszczęściem. A w bogatych też niekoniecznie, jak dowiódł los Nowego Orleanu po uderzeniu huraganu Katrina.

Na bilanse w trzecią dobę po tragedii, choć to faza krytyczna, jeszcze za wcześnie. Piekło zniszczenia, rozkładające się wciąż nie pogrzebane ciała na ulicach, groźba zarazy, widmo szturmu Haitańczyków na Dominikanę, walki o kęs jedzenia i butelkę mineralnej, rabowanie dniem i nocą wszystkiego co tylko jest do zrabowania, miesza się z rajem: wspaniałą (na szczęście) pogodą, współczuciem i akcją pomocy na coraz większą skalę.

Ale te wszystkie problemy nie przekreślają sensu akcji pomocy. Nawet jeśli uratować da się już niewielu ludzi.  

Internauta Jacobsky wspomina we wpisie pod poprzednim blogiem, że w Kanadzie, gdzie mieszka, apeluje się o zorganizowanie czegoś w rodzaju planu Marshalla dla Karaibów.

To byłoby coś, bo stworzyłoby perspektywę dalszą i trwalszą na podniesienie się takich nieszczęsnych krajów z upadku. Gdyby taki plan powstał i został z powodzeniem wcielony w życie, byłby to precedens o znaczeniu światowym. Inne podobnie zaniedbane rejony miałyby całkiem nowe szanse wyrwania się z błędnego koła biedy, korupcji, złych rządów i niezdolności do radzenia sobie z wielkimi katastrofami.

Niechże nasz nowy wiek zapisze się w historii czymś takim, a nie tylko staranowaniem wież WTC w Nowym Jorku i wieżą Babel  w Dubaju.

XXXX
Jacobsky, Kartka z podróży, Torlin: dzięki za wpisy i udział w dyskusji. Na temat szczepionek nie mam nic do powiedzenia, ale zaskoczyło mnie, jak rozwinął się ten wątek, chyba głównie za sprawą Heleny. Dante i inni, ależ piszę, że Haiti to raj dla mniejszości miejscowych bogatych i turystów (którzy oczywiście jeżdżą głównie do Dominikany, ale przecież i w Haiti roi się od hoteli). Maciek.g, Janek i inni: to samo, przecież piszę, że Dubajczycy niech sobie robią co chcą; miło, że jednak część autorów wpisów rozumie na czym polega figura literacka. Poziomka: termin jest kreolski, ma różne pisownie; w Polsce najczęściej używamy albo wudu, albo (z angielskiego) voodoo. Pielnia 1: celne!          

Gruzy Haiti i wieża Babel w Dubaju

2010/01/13, środa

Okropnie patrzeć na nieszczęście w raju, jakim była, dla turystów i niewielkiej części Haitańczyków, ich część wyspy. Ale okropnie jest też zestawić obrazy haitańskiej tragedii z obrazami z Dubaju, który zafundował sobie Burdż Chalifa, najwyższą wieżę świata.

W Dubaju kaskada fajerwerków na inaugurację Burdży (po arabsku wieża), wielki show pokazywany we wszystkich telewizjach świata ( emir zaciera ręce), architektura kosmiczna, ale też popis pychy. Całkiem jak z wieżą Babel. I całkiem jak w Biblii już odezwali się zadrośnicy. Saudowie chcą postawić jeszcze wyższą burdżę. Ma przebić magiczną barierę 1000 metrów.

Nie wiadomo, jak długo dubajska wieża będzie ikoną technologii i ambicji XXI wieku. Czy jakimś bożym szaleńcom nie przyjdzie do głowy wykorzystać burdżę w ich dżihadzie. Ani, jak sobie wieża poradzi z innymi możliwymi zagrożeniami, choćby ze strony żywiołów czy wielkich awarii technicznych.
Wiadomo natomiast, że pochłonęła sumy, których drobny ułamek postawiłby na nogi nieszczęsne Haiti.

Nie mam nic przeciwko dubajskiej drugiej wieży Babel. Niech sobie emirat robi reklamę, jak mu się podoba i niech robi na burdży kasę. Ale ten kontrast między dubajskim bogactwem a haitańską nędzą porusza mnie.  

Budujące jest natomiast to, że świat od razu rusza Haiti z pomocą. A prym w akcji pomocy wiedzie Ameryka, i ta oficjalna, Obamy i pani Clinton, i ta obywatelska.

Zawsze mi to w Stanach, przedstawianych przecież jako kultura egoizmu, chciwości i konsumpcji, imponowało, że są tam setki tysiące ludzi gotowych z odruchu serca i sumienia nieść pomoc potrzebującym w kraju i na świecie.

Tak samo dzieje się i teraz. Haiti, gdzie 80 procent ludności żyje za 2 dolary dziennie, to kraj kulturowo katolicki (żyjący w przyjaznej symbiozie z kultem voo doo). Dlatego pierwsi zgłosili się do pomocy jankescy katolicy. Ale deklaracje pomocy napływają zewsząd, o ile wiem także znad Wisły.

Może z tą ludzką empatią i solidarnością nie jest tak źle, jak na co dzień słyszymy w mediach i kościołach.
              

Miedwiediew w Katyniu

2010/01/11, poniedziałek

Czy prezydent Rosji przyjedzie wkrótce na obchody oświęcimskie?Wolałbym, by przyjechał i aby to był znak odprężenia budzący nadzieję, że możliwy jest też jego udział w obchodach rocznicy katyńskiej.

Jest to sfera polityki symbolicznej, a symbole są ważne, Przemawiają często silniej niż cokolwiek innego. I może także z tego powodu wolałbym, by do Katynia przybył znów pan Miedwiediew, niż premier Putin. Oczywiście ostatnie słowo należy tu do Rosji.

Obecność Putina też miałaby wielką wagę polityczną, chyba większą niż Miedwiediewa, ale mniejszą moralnie. Nie dla wszystkich w Polsce Putin w Katyniu byłby widokiem budującym.

Co nie znaczy, że przyznaję im z góry rację, ale jako że w Katyniu zamordowany został mój stryj, oficer rezerwy WP, bez trudu mogę zrozumieć emocje tych, którzy nie byliby zachwyceni, że pod katyńskim krzyżem staje premier wywodzący się z radzieckich służb specjalnych, a te są, i czerpią z tego i dziś mocarstwową dumę, kontynuacją NKWD, które na rozkaz Stalina zabiło zdradziecko tysiące bezbronnych polskich żołnierzy.

Miedwiediew tak, delikatnie mówiąc, mieszanych uczuć w tym stopniu nie wywołuje. Tak czy inaczej, którykolwiek z nich, Miedwiediew czy Putin na obchodach siedemdziesięciolecia zbrodni katyńskiej to byłby moment historyczny. A gdyby jeszcze z ich ust padły wówczas słowa, na które wciąż w Polsce czekamy, moglibyśmy mówić o przełomie.
Jakie to mogłyby być słowa? My wiemy, ale są i Rosjanie, którzy wiedzą. Jeden z nich, Aleksander Gurjanow, działacz obywatelskiego stowarzyszenia ,,Memoriał”, mówi w wywiadzie dla wrocławskiej Nowej Europy Wschodniej, że Katyń jest także wewnętrznym problemem samej Rosji, a uczciwe rozwiązanie tego problemu byłoby sukcesem samych Rosjan w odkłamywaniu własnej historii naznaczonej równie ciężkimi zbrodniami systemu przeciwko własnym obywatelom.

Karta historii polsko-rosyjskiej odwróciłaby się zaś ostatecznie, gdyby, pisałem już o tym w tym miejscu jakiś czas temu, ze swej strony spotkali się i ogłosili wspólną deklarację zwierzchnicy Kościołów katolickiego i prawosławnego w Polsce i Patriarchatu Moskiewskiego (pewne kroki w tę bardzo pożądaną stronę już zostały zrobione).

Tak mogłoby być. Czy będzie? Oby Moskwie nie zabrakło odwagi. Pan Gurjanow nie jest wielkim optymistą co do rychłej możliwości przełomu. Ale nie wyklucza ewolucyjnej zmiany postaw w elicie politycznej i społeczeństwie Rosji na lepsze (czyli zaakceptowania prawdy o Katyniu i wyciągnięcia z niej odpowiednich konsekwencji).

Ale jest optymistą umiarkowanym i wierzy, że kiedyś znikną wszystkie białe plamy historii Rosji, jak zniknęły (przecież też nie bez trudności) takie plamy w historii hitlerowskich Niemiec. Tyle że Niemcy przegrały i to walnie pomogło w rozliczeniu nazizmu. A Związek Radziecki walnie przyczynił się do upadku Hitlera. To z czego ma się rozliczać? Przy takim podejściu Rosjan sprawa katyńska staje się ofiarą tej oficjalnej rosyjskiej polityki historycznej.   

 XXXX
Ten co zawsze, wpis nie tylko obraźliwy, ale i nietrafiony. Takie zaczepki napisane takim językiem to właśnie przykład nienawistnictwa, innym przykładem jest wpis Levara. Do pewnego momentu dyskusja rozwijała się obiecująco, ale potem zeszła na manowce, mimo wysiłków frakcji ,,owsiakowej”. Dziękuję zwłaszcza za te głosy, ANCA NELA, Kropkozjad, Torlin, niezawodni Helena, Jacobsky, MBRAUN, Wodnik53,   które w odpowiedzi na wywody Sebastiana próbują wyrwać ,,antyowsiakowców” z niewiedzy o świecie, która to niewiedza nie jest grzechem, lecz zrozumieć fenomenu  Orkiestry na pewno nie pomaga. Dziękuję zatem i za ciepłe słowa, i za czytanie ze zrozumieniem, a nie ze z góry przyjętym założeniem (jak czyni to np. Ten co zawsze, przypisując mi totalne potępienie katolicyzmu ludowego, a przecież choćby poprzedni wpis o Medziugorie zadaje temu kłam). Kartka z podróży jest gdzieś w środku między oboma obozami, pro- i anty-owsiakowym, lecz wątpliwości Pana są dla mnie ciekawe i skłaniają do refleksji, podobnie jak głos Wodnika53 i podobnych sceptyków merytorycznych . Sam o pewnych wątpliwościach (np. z odbarczaniem sumienia) w felietonie wspominam, jednak te głosy powiedziały mi coś istotnego o percepcji WOSP w oczach tej, nieuprzedzonej z góry do Owsiaka, części opinii publicznej. Powtórzę za niektórymi autorami wpisów: z tego, że państwo jest nieudolne w swej polityce zdrowia czy opieki społecznej, żadną miarą nie wynika, by Orkiestra była czymś złym. Ale generalnie biorąc, przykro, że nawet na tym blogu odezwała się znowu ta polska skłonność do dezawuowania naszych własnych osiągnięć. Bo cokolwiek powiemy o Orkiestrze, jakiekolwiek złe i prywatne intencje starają się przypisać Owsiakowi nienawistnicy, to po tych złych emocjach, którymi starają się zatruć nasze życie społeczne, wkrótce ślad zaginie, a po Orkiestrze jeszcze długo nie.    

Owsiak, czyli pospolite ruszenie empatii

2010/01/9, sobota

 Osiemnasta Owsiakowa Wielka Orkiestra. Fenomen jakże polski: od niechęci do entuzjazmu. Mam na myśli oczywiście odbiór Orkiestry w społeczeństwie. Że Owsiak jest dziś, wbrew własnej woli, autorytetem społecznym, zawdzięcza sobie i mediom.

Sobie, bo się nie zraził, że jedni najpierw mieli go za cudaka, a drudzy za deprawatora młodzieży, i znosił to wszystko z beatlesowskim poczuciem humoru. I robił swoje.

Mediom, bo gdyby, po pewnych wahaniach, czy lansować Owsiaka wściekle atakowanego przez Kościół i polską prawicę, jednak uległy naszym współczesnym sarmatom, pewno nie dałby rady, mimo talentu do mobilizowania ludzi do dobrej sprawy, niespożytej energii i charyzmy.

Owsiak pokazał, że Polacy żyjący na co dzień w kręgu własnych i tylko własnych spraw, potrafią zrobić gest względem innych. Obudzić w sobie choć na chwilę odrobinę empatii. Zgoda, że kosztuje ich to minimum wysiłku i ,,kasy”; zgoda, że wielu zapewnia sobie tym prościutkim sposobem miłe poczucie, że otrzymane za datek czerwone serduszko jest widomym znakiem, jacy są przyzwoici i jak kochają bliźniego swego.

Jakiekolwiek by jednak były powody tej mobilizacji społecznej do dobrego, wspólny pożytek z Orkiestry jest niesamowicie wielki: przypominają się słowa Jana Józefa Lipskiego ( wypowiedziane w kontekście akcji pomocy robotnikom zorganizowanej przez opozycję demokratyczną po represjach radomskich w 1976 r.), że to co uczestnicy tej akcji robią razem jest lepsze niż to, co każdy z nich reprezentuje sobą indywidualnie.

W dzień Orkiestry Polacy na chwilę łączą wodę z ogniem: niechęć do bezinteresownego i nie tylko akcyjnego   działania prospołecznego z pospolitym ruszeniem dobrych emocji adresowanych do potrzebujących. Jasne, że byłoby lepiej, gdyby ten dobrostan trwał dłużej niż chwilę czy cały jeden dzień, żeby nie ograniczył się do dzieci jako beneficjentów, żeby został sprawiedliwie oceniony jako wielkie dobro społeczne.

Ale to pewnie oczekiwanie zbyt wygórowane. Cieszę się więc, że Orkiestra jest z nami już tak długo; że była przez pewien czas maleńką szkołą społecznego zaangażowania dla moich dorastających córek; że antyowsiakowi nienawistnicy i zawistnicy przegrali brudną wojnę, jaką  wydali dziełu Owsiaka z błogosławieństwem, niestety, znacznej części Kościoła i mediów katolickich.
Owsiak nie prawi kazań i frazesów bez pokrycia, tylko zmienia Polskę. I nie daj Boże, byśmy to zobaczyli i docenili dopiero wówczas, kiedy Orkiestra by zamilkła, a pospolite ruszenie hetmana Owsiaka zniknęłoby z polskich ulic na zawsze, a nie tylko na rok.   

Awantura o Medziugorie

2010/01/7, czwartek

Biskup krytykujący kardynała to w Kościele rzadkość. I to jeszcze w kontekście kultu maryjnego, tego znaku firmowego katolicyzmu rzymskiego. U progu nowego roku wpływowy w Watykanie austriacki kardynał Schoenborn, odwiedził słynne bośniackie Medziugorie.

Mało miejsc w świecie jest tak znanych i tak masowo nawiedzanych, odkąd prawie trzydzieści lat temu sześciorgu miejscowym dzieciom miała się zacząć regularnie ukazywać Maryja.

Wizyta kardynała w takim miejscu niby nie dziwi, ale tylko tych, którzy wiedzą o Medziugorie niewiele więcej niż już napisałem. Wizje Maryi okazały się kością niezgody lokalnie i uniwersalnie. Katoliccy biskupi Mostaru, w której to diecezji leży Medziugorie, nie potwierdzili, że objawienia mają charakter nadprzyrodzony. To samo orzekła konferencja episkopatu byłej Jugosławii.

Watykan wprawdzie objawień dotąd nie uznał za cudowne, ale też ich ostatecznie nie zdezawuował. Biskup Mostaru spodziewał się jednak, że jeszcze jesienią 2009 r. taki jednoznaczny komunikat odcinający się od rzekomo 40 tysięcy objawień (sic!) Matki Bożej i to poniekąd meldującej się na każde żądanie wizjonerów, z Watykanu napłynie. Nie napłynął.

Zamiast  komunikatu przyjechał dostojnik z najwyższej półki, doradca papieża Ratzingera, intelektualista ortodoks, drukowany chętnie w największych gazetach świata (w New York Timesie wywodził, że kreacjonizm nie musi się wykluczać z darwinizmem).

 Schoenborn odwiedził Medziugorie prywatnie,bo Watykan nie zaleca oficjalnych kościelnych pielgrzymek do Medziugorie, ale czy ktoś z takim statusem może być w tak kościelnie kontrowersyjnym miejscu prywatnie? Na dodatek oprawił mszę w lokalnym kościele i odwiedzi ł ośrodek pomocy narkomanom, który założyli ludzie żarliwie wierzący, że te wizje maryjne są prawdziwe.

Biskup Mostaru odebrał tę prywatną wizytę i jako złamanie niepisanego kodeksu kościelnych dobrych obyczajów, nakazującego, by biskup składający wizytę w jego diecezji powiadamiał o niej z wyprzedzeniem biskupa ordynariusza, i jako sygnał, że Watykan może zmienić zdanie w sprawie Medziugorie. Biskup otwartym tekstem wyraził dezaprobatę takiego postępowania kardynała i podkreślił, że Kościół oficjalny nie zaakceptował wizji w Medziugorie. 

Kardynał bronił się w prasie katolickiej, że przyjechał tam, gdzie ludzie są blisko Maryi i że chciał zobaczyć osobiście ,,drzewo”, które wydaje takie owoce jak oddolne ruchy pomocy narkomanom czy głodującym dzieciom w Trzecim Świecie. No cóż, trudno uznać te słowa Schoenborna za autokrytykę, jakiej spodziewał się biskup Mostaru.

Przeciwnie, mogą one bez problemu być odczytane jako wsparcie tak zwanego fenomenu Medziugorie. Oto miliony katolików z USA, Europy i innych katolików ignorują głos władzy kościelnej i nadal pielgrzymują do Medziugorie niezrażeni ani tym, że tutejsze objawienia niewiele przypominają te z Lourdes czy Fatimy, przez Kościół uznawane, (niektórzy mówią, że wygląda czasem jak duch, a nie słodka ,,Gospa”, Pani ).

Ani tym, że zakonnik opiekun duchowy wizjonerów w Medziugorie okazał się rozpustnikiem i został suspendowany. Ani tym, że fenomen M ma też kontekst etniczno-kulturowy (napięcie muzułmańsko-chorwackie) i komercyjny (złoty interes dla biznesu religijnego).

Ale jest jeszcze głębszy wymiar fenomenu Medziugorie. W jakimś stopniu przypomina on problem z ruchem radiomaryjnym. Myślę o socjologii i mentalności tych rzesz pielgrzymujących na spotkanie z Maryją. 
Jest to moim zdaniem kolejny wymowny przykład, jak w Kościele miesza się wciąż oficjalna doktryna z podszytą magią potrzebą pobożności czysto emocjonalnej, przeżyciowej, nie zawracającej sobie dusz teologicznymi wywodami, jaki kult maryjny jest a jaki nie jest dopuszczalny. Albo nie zadających sobie pytań, czemu tak częste i masowe są objawienia maryjne, a Chrystusowe są rzadkie i indywidualne.

Element maryjny jest ogromną siłą katolicyzmu masowego. Kościół jest tego świadom i nauczył się z tej siły korzystać. Tym bardziej, że księża są bezżenni i to zwiększa także ich podatność na kult maryjny jako hołd nie tylko dla Matki Bożej, lecz także własnej matki i macierzyństwa (często rozumianego patriarchalnie). Kultu maryjnego jako broni w walce o pozycję Kościoła w PRL umiejętnie i z powodzeniem użył kardynał Wyszyński. Odniósł sukces, bo znał i rozumiał on polski katolicyzm i jego ludowe korzenie, a władze PRL nie rozumiały.

Schoenborn należy do tych przywódców w dzisiejszym Kościele, którzy bez trudu porozumieliby się z Wyszyńskim. Katolicyzm bez pobożności masowej czy ludowej byłby zagrożony z ich punktu widzenia ewolucją ku protestantyzmowi, a to byłby koniec ziemskiej potęgi Kościoła Rzymskiego.

Kardynał Ratzinger twierdził, że Kościół mniej masowy ale autentycznie katolicki nie jest niczym złym, przeciwnie, powtarzał za Toynbeem, że tylko twórcze mniejszości zmieniają świat. Odkąd jest papieżem, mógł jednak nieco zmienić zdanie. I może przechyla się od czystości teologicznej i dyscypliny kościelnej ku ostrożnemu przyzwoleniu na fenomeny takie jak Medziugorie.

Bo czy Kościół oficjalny może sobie dziś, w globalnej epoce internetowej, pozwolić na lekceważenie milionów adoratorów ciągnących bez żadnego przymusu do takich miejsc jak Medziugorie, Fatima czy Jasna Góra, które dają im energię i nadzieję, jakiej nie znajdują w swoich Kościołach lokalnych?
 
XXXX
Co do sprawy ks. Zaleskiego, smutek, Wodnik53, Janek, ja się nią przejmuję, bo mam wrażenie, że narodził się w tej jego fazie lustracyjnej jakiś nowy ksiądz Zaleski, idący wstecz, ku zachwytowi polskich ukrainofobów, a zmartwieniu i utrapieniu Kościoła oficjalnego, polityce państwa polskiego, a przede wszystkim tych, którzy inaczej widzą rolę kapłana w takich konfliktach. Wodnik53: faktycznie jest problem z Stepinaciem, myślę, że JPII wyszedł zbyt mocno naprzeciw oczekiwaniom chorwackim, w tym chorwackich epigonów ustaszyzmu, bo widział w kardynale przede wszystkim męczennika, ofiarę komunistów. Nie dziwi mnie, że antyklerykałowie a zarazem ludzie nienawidzący Ukraińców i odrzucający obecną polską politykę wobec Ukrainy chwalą postawę, moim zdaniem sprzeczną z duchem chrześcijaństwa, ks. Zaleskiego. Dziwi mnie, że ks. Zaleski, którego znam i szanuję jako kapelana Solidarności i opiekuna niepełnosprawnych (i którego nie uważam za niczyjego agenta), nie dostrzega, że udziela moralnego wsparcia działaniu szkodliwemu dla obecnych polskich interesów (tak jak interesom ukraińskim szkodzą antypolscy nacjonaliści ukraińscy) . Art63: o nie, w każdym kraju zachodnim ze znaczącą mniejszością muzułmańską działa wiele organizacji i reprezentacji tej mniejszości, zwykle z sensownymi, umiarkowanymi programami współpracy i współdziałania. Kłopot w tym, że w ostatnich latach nie mają one przełożenia na muzułmańskie masy ulegające z różnych powodów wahabickim demagogom w meczetach, siejącym nienawiść do wszystkiego, co zachodnie, a przecież to Zachód jest dla tych mniejszości drugą, a coraz częściej pierwszą ojczyzną. Jaf:ciekawy wpis, dzięki. Dziękuję Helenie, jak zwykle nieocenionej, za przykłady z życia i szczerość. Joe, dzięki za, tak to rozumiem, pośredni komplement pod adresem Polityki, lecz tak jak Torlin reszty wpisu nie zrozumiałem. Wronski: teorie spiskowe uważam za intelektualny tabloid. Slawczan: jaka degradacja Zachodu? Jakie uzależnienie od korporacji? To skrajnie zideologizowany obraz świata, lewicowa wersja spiskowej teorii historii. Lustrzane odbicie paranoi prawicy o spisku komunistycznym. Parker, z  tym i owym się nie zgadzam, ale cenię spokój i dystans w tym wpisie. Janina Nowicka: prosiłbym nie spekulować na temat tego, czy jestem człowiekiem wiary, a nie logiki, bo to mało grzeczne i ciekawe, a odnosić się do meritum.