Wandale w Krakowie

2010/03/15, poniedziałek

Po wybryku z rabunkiem napisu na bramie KZ Auschwitz następny akt zdziczenia, tym razem w Krakowie, mieście patrona dialogu katolicko-żydowskiego, Jana Pawła II.

Kto był sprawcą zbezczeszczenia pomnika Zagłady Żydów w Płaszowie, tuż przed kolejnym marszem pamięci o żydowskich ofiarach nazizmu w Krakowie, nie wiadomo. Miejmy nadzieję, że sprawcy i tym razem zostaną zatrzymani i ukarani, jak stało się w przypadku wandali oświęcimskich.

Krakowski dodatek Gazety Wyborczej publikuje informacje na ten ponury temat pod tytułem - Wstyd przed pomnikiem. Cytuje w niej słowa ministra Radosława Sikorskiego, że sprawcy zasługują na najwyższe potępienie, bo ,,to jest coś, co szkodzi Polsce, czego ja się osobiście wstydzę”.

Wiele podobnych głosów napłynęło z Polski. Ale czy to jest sedno sprawy? Czy wybryk jest godny potępienia, bo szkodzi Polsce, czy raczej dlatego, że obraża pamięć tych ofiar? Myślę, że przede wszystkim z tego drugiego powodu. Minister spraw zagranicznych powinien chronić dobre imię Polski, zgoda, ale powinien też mieć szczególne wyczucie słowa w takiej sytuacji. Bo centralne miejsce należy tu do ofiar.

Trafniejsza wydaje mi się reakcja metropolity krakowskiego, kardynała Dziwisza. Napisał natychmiast w liście do szefa gminy żydowskiej w Krakowie, że z bólem i oburzeniem dowiedział się o profanacji pomnika, dołączył wyrazy solidarności z wszystkimi, których profanacja dotknęła. To samo mówił w Płaszowie. Zachował się przyzwoicie nie dlatego, żeby się komukolwiek przypodobać, lecz dlatego, że tego należy oczekiwać w podobnej sytuacji od znaczącej postaci publicznej i przywódcy katolickiego.

Co zrobić, by takich wybryków było mniej? Władysław Bartoszewski uważa, że główna rola prewencyjna należy do Kościoła i szkoły. Zaznacza, że w Krakowie było po wojnie mniej akcji antysemickich niż w Warszawie, a za czasów Karola Wojtyły jako rządcy tutejszego Kościoła, nie było ich wcale, za to pojawiło się wielu światłych księży, którzy walczyli z postawami antysemickimi.

Prawda to, tyle że z domieszką goryczy, bo najdzielniejszy z tych księży, jezuita Stanisław Musiał, także w własnym krakowskim zakonie miał na tym tle spore kłopoty z niektórymi współbraćmi, a nie oszczędził go i sam prymas Glemp.

Bartoszewski ma rację, że profanacja w Płaszowie byłaby ciosem dla Wojtyły, ale tym, co nocą bezczeszczą takie pomniki, jest to obojętne. Podobnie, jak to, co się naucza w kościołach i szkołach o antysemityzmie . O ile w ogóle się naucza. Dziś prawie cała energia polskiej machiny edukującej idzie na obronę wartości chrześcijańskich przed ich mniemanymi wrogami. Tylko że szuka się ich zwykle nie tam, gdzie należy. Bo to przecież niszczyciele Pomnika w Płaszowie i ich ewentualni mocodawcy są prawdziwymi anty-chrześcijanami.  

Krzyż Nieznalskiej i karykatury Mahometa

2010/03/12, piątek

Sąd uniewinnił Dorotę Nieznalską z zarzutu obrażania uczuć religijnych. Uważam, że słusznie, choć entuzjastą instalacji artystki akurat nie jestem. Nie dziwię się też, że znaleźli się ludzie, którzy protestowali przeciwko owej ,,Pasji”.

Nie dlatego, że mają rację, bo moim zdaniem nie mają, ale dlatego, że te protesty wyrastają z opłakanego stanu kulturalnego społeczeństwa. W Polsce przepaść między tym, co dzieje się w współczesnej sztuce a gustami masowymi jest bezdenna. Media są tu na poziomie niewiele wyższym niż ,,straszni mieszczanie” . A państwo zlikwidowało edukację plastyczną w szkołach. Gust Kościoła jaki jest, łatwo sprawdzić, zaglądając do wnętrza świątyń lub na kościelne zgromadzenia. Na dodatek mamy prawo zabraniające obrażania uczuć ludzi wierzących.

Prokuratura ma więc prawo, a nawet obowiązek, by sprawdzać, czy dzieła takie jak Nieznalskiej są w tym sensie w porządku. Ale z tego nie wynika, że prokuratura musi to sprawdzać po każdym donosie czy proteście. Wystarczy wstępna konsultacja z kimś, kto jest w tej dziedzinie kompetentny a nie jest stronniczy. To, że Nieznalska tyle lat była ciągana po sądach, nie świadczy najlepiej o profesjonalizmie wymiaru sprawiedliwości.

Z wiadomością o uniewinnieniu artystki zbiegły się doniesienia, że w Szwecji wraca sprawa karykatur Mahometa, ukazujących go z głową psa, co jest podwójnym obrażeniem uczuć religijnych muzułmanów.

Kiedy przed laty podobnie obraźliwe dla muzułmanów karykatury wydrukowała pewna gazeta duńska, w geście solidarności i w imię wolności słowa przedrukowała je u nas (konserwatywna) Rzeczpospolita. Są tylko dwie możliwości: albo redakcja nie znała obowiązującego prawa, albo je zignorowała. Morał jest taki: uczuć katolickich obrażać nie wolno, ale muzułmańskie można.

To się nazywa podwójna miara, albo ostrzej -obłuda. Jest więc z werdyktu w sprawie Nieznalskiej taki pożytek, że przypomina on, iż w Polsce, jak na razie, prawo chroni uczucia wyznawców religii, każdej religii, nie tylko katolickiej. A wolność słowa przysługuje nie tylko Kościołowi, lecz także jego krytykom. Przynajmniej w teorii.

XXXX
Kościół  molestujący

Większość wpisów odbieram jako głos pesymistów. Wydarzenia ostatnich dni, już po moim blogu, wydają się ten pesymizm potwierdzać. Watykan ustami rzecznika ks. Lombardiego z jednej strony powtórzył, że robi wszystko, co w jego mocy, by do nowych nadużyć nie doszło, z drugiej przeszedł do kontrofensywy, zarzucając krytykom złą wolę. Trzeba Kościołowi oddać, że tak szybko i konkretnie wcześniej nie reagował. To jest znaczny postęp. Ale też pośredni dowód, że sprawa jest poważna i Kościół to dostrzegł. Ładnie to streszcza hasło Katolicyzm tak, wypaczenia nie (mikesz). Czy to wystarczy? Rysberlin, Jacobsky, adwersarz, Jaruta, seiendes, marek (dzięki za link), JacekP, Kartka z podróży, T. Wiktor i inni uważają, że nie. Ja myślę, że pewnie mają rację, ale nie doceniają, jak wielkim wyzwaniem dla Kościoła jest kryzys na tle seks-skandali. Mikesz, odsyłam do ,,Odczarowania religii” Daniela Dennetta; celibat opcjonalny wydaje mi się jednym z sposobów na wyjście z kryzysu, tak samo jak dopuszczenie ordynacji kobiet. PIRS, Józef, divek2, owal40 : dzięki za przykłady i przypomnienie Tylawy. Anuszka, Kartka: - może i jest ta tradycja antyklerykalna, ale jakoś jej nie słychać poza blogami. Za to arnobio czy tyveog sądzą, że Kościół już poległ na molestowaniu, a więc dyskusja rozwinęła się na całego i dobrze, mimo że Monteskiusz i tak ma ją w nosie :). Ryszard, to mi do głowy nie przyszło! Sceptyk: dobrze, lecz czemu jakoś nikt się nie ujawnia z tamtych ofiar? Optymista : niech żyje społeczeństwo obywatelskie! Mirosław-1, stasieku, arnobio : ależ pisałem o podatku choćby przy okazji programu kościelnego SLD (o którym słuch zaginął). Andrzej Koraszewski : tak jest! Lepsza niż żadna! Pozdrawiam. Levar, jak zwykle szuka Pan dziury w całym; wystarczy uważnie przeczytać, co napisałem, nie jest jednak odpowiedzią na temat mego blogu szukanie pedofilów itd. gdzie indziej. To obrona przez atak, lecz zupełnie nieprzekonująca. Joanna Kopytowska, Monteskiusz : ciekawe wpisy. Odpowiem krótko tak: raz religia pozwala, raz nie pozwala na niezależność myślenia, ja tą co nie pozwala nie cenię. Rcz- a skąd ta pewność, że nie pisałem krytycznie o buddystach? Zob. http://archiwum.polityka.pl/art/dary-dharmy,359135.html

PiS faraoński

Prezes chyba naprawdę nie wie, o czym mówi. Polacy od lat tłumnie nawiedzają plaże nad ciepłymi morzami (naturalnie kosztem plaż Bałtyku, a więc i tych polskich, często familijnych biznesów, których rzecznikiem usiłuje być?PiS! Zob. też wpis Romana B.). Kecaj, Jerzy : dzięki! Adam 2222 : nie jestem w stanie zrozumieć, co Pan pisze. MW : moja opinia o policji pozostaje niezmienna; to trochę tak jak z Kościołem, z tego, że trafiają się w nim pedofile, nie wynika, że wszyscy w Kościele są pedofilami, tylko że potrzebna jest zmiana systemu. Co do plakacików SROM i bannerów z Hitlerem: zgoda! O ile wiem, prokuratura nie wszczynała też śledztwa z urzędu po publikacje w Rzeczpospolitej karykatur Mahometa. Roman56PL, amen!

Leniuchy wyborcze

Ta dyskusja wydała mi się szczególnie pożywna. Ale zaznaczam, że choć jestem liberałem, to uważam za nieporozumienie zrównywanie liberalizmu i wolności słowa z wolną amerykanką. Czy Australia, Belgia, Dania, Holandia (Vannelle, dzięki za wpis itd. to kraje niedemokratyczne, bo wybory są w nich obowiązkowe?!  Inna rzecz, że podzielam w pewnym stopniu pesymizm MW i myślę, że rzeczywiście sarmackie polactwo zgotowałoby rokosz przeciwko przymusowi, więc dwa dni wyborcze wydają mi się bardziej realistyczne. Jan Mondry : w dużym stopniu zgadzam się z tym wpisem, lecz w pojawienie się jakiejś nowej socjaldemokracji nie wierzę, pan Napieralski ją dobija, pan Arłukowicz jej nie uratuje, pan Sierakowski też nie. No future. Qba, bardzo to niegrzeczny wpis, z gatunku tych, które się ignoruje. Nie ma Pan zielonego pojęcia ani o mojej biografii, ani o moich poglądach. Anca-Nela, no właśnie! Anastazja : rada? Nie oglądać takich programów. Janek : punkty mi się podobają. Straus07 : no, no, ciekawe pomysły, dzięki.
.

Czy Kościół polegnie na molestowaniu?

2010/03/9, wtorek

Najpierw były Stany, potem Austria, ostatnio Irlandia i Legion Chrystusa, którego założyciel okazał się pedofilem, teraz Niemcy i Holandia: kościelna pandemia seksualnego wykorzystywania dzieci i młodych przez katolickich duchownych. A nie wiadomo, jakie nowe ponure rewelacje dotrą do nas w najbliższej przyszłości z innych Kościołów lokalnych albo z samej watykańskiej centrali.

Kilkanaście lat temu nie było takiego tematu. Wtedy mało kto by uwierzył, że te okropne rzeczy dzieją się w kościelnych instytucjach i że dzieją się dzięki zmowie milczenia na wszystkich szczeblach. Nie tylko hierarchii kościelnej, ale i władzy świeckiej w krajach takich jak Irlandia, gdzie ręka świecka myła z grzechu rękę kościelną. Bo przecież religia katolicka jest etycznym kręgosłupem, wszystko co podważa tę jej społeczną rolę trzeba traktować jak tajemnicę państwową. Nie nadawać rozgłosu, zaprzeczać, utrudniać niezależne dociekanie prawdy. Takie było rozumowanie. Zaprawdę, dobrymi intencjami było brukowane to piekło dzieci.

Na tym tle widać pewien postęp. W jakimś stopniu zawdzięczamy go globalizacji mediów, bo w epoce Internetu coraz trudniej robić skuteczną politykę milczenia o seksualnych drapieżnikach w sutannach (ale i w garniturach czy T-shirtach, bo poza Kościołem katolickim, w innych instytucjach, świeckich czy religijnych, ich też nie brakuje).

W Polsce Kościołowi mógł paradoksalnie pomóc PRL, gdyż odbierając Kościołowi prawie wszystkie szkoły, sierocińce i zakłady opiekuńcze, redukował statystyczne prawdopodobieństwo seksualnych nadużyć w takiej skali, w jakiej okazały się one faktem w krajach demokratycznych, gdzie Kościół miał nieprzerwaną i gwarantowaną swobodę działania na tej niwie.     

Postęp polega na zmianie oficjalnej linii działania. Kościół milczący zaczyna mówić ludzkim głosem. W Holandii biskupi godzą się nawet na niezależną komisję śledczą. W Niemczech episkopat zaprasza do dyskusji przedstawicieli rodziców, nauczycieli, działaczy społecznych. Brat papieża Benedykta przeprasza w wywiadzie prasowym za krzywdy wyrządzone chłopcom z elitarnego chóru, w którym był jednym z mistrzów (sam ponoć  o niczym nie wiedział, a bicie chłopców w twarz uważał za karę nieszczególnie brutalną, co jest o tyle wymowne, że wynaturzeniom seksualnym często towarzyszy sadyzm). Sam papież wyraźnie potępia molestowanie.

Czy to wystarczy? Mam wrażenie, że nie. Że mimo przerwania milczenia, Kościół moralnego autorytetu już nie odbuduje. Przynajmniej w społeczeństwach otwartych, typu zachodniego. A dojdą do tego roszczenia ofiar o kompensaty, które w USA już postawiły Kościół na skraju bankructwa.

Swoją drogą, komisje komisjami, raporty śledcze raportami, wszystko to ma sens i należy się opinii publicznej, ale sądzę, że Kościół powinien też stanąć twarzą w twarz z ofiarami, wysłuchać ich, zapewne mieliby wiele do powiedzenia w zasadniczej kwestii: jak to było możliwe, z czego wynikało i jak temu złu w Kościele można położyć tamę.

Zło nie ma jednego zatrutego źródła. Celibat może mu sprzyjać, ale nie musi. Jest wielu duchownych żyjących w celibacie, którzy żadnego dziecka czy młodej osoby nie skrzywdzili. Są duchowni gotowi gwizdać na alarm, gdy natrafią na przypadki molestowania w Kościele.

Winy szukałbym w systemie: w kombinacji zamkniętej hierarchiczno-autorytarnej  katolickiej subkultury instytucjonalnej z negatywnym doborem pracowników, duchownych i świeckich, katolickich szkół, zakładów opieki i wychowania itp. I dlatego uważam, że prawdziwa poprawa będzie możliwa dopiero po głębokiej reformie zasad działania tych kościelnych instytucji i zasad dobierania ich pracowników. A taka reforma,  jeśli w ogóle Kościół by ją podjął, wymaga wiele czasu, tymczasem Kościół walkę z czasem przegrywa już teraz.   

PiS nad Morze Czerwone

2010/03/7, niedziela

Prezes Kaczyński obiecał Polakom, że za 10 lat będą milionami wypoczywać nad ciepłymi morzami. Obawiam się, że tylko tyle przebije się do szerszej publiczności po zakończonym właśnie zjeździe pierwszej siły opozycyjnej. Ale też PiS ciężko na to zapracował i przez ostatnie miesiące i na zjeździe.

Siły siłę opuszczają i komu jak komu ale właśnie prezesowi przymierzającemu się do roli Mojżesza, jego doradcom i aktywistom taki zbiorowy partyjny eksodus za siedem mórz i siedem rzek bardzo by się przydał. I niech by nam dali odpocząć od siebie nad morzami Egiptu i rzekami Babilonu. 

Na tle kongresu niedzielna manifestacja w imię praw kobiet wypadła całkiem nieźle. Pogodnie, kolorowo, bez zacietrzewienia. Mówcie co chcecie, ale w takich porównaniach, a przekaz mediów bardzo je wyostrza, PiS wychodzi jeszcze fatalniej niż mu życzą przeciwnicy. Bezbarwny, niewiarygodny, antypatyczny.

Jedynie słuszny kandydat na prezesa, banita Ziobro wzywający do jedności, korny adres do prezydenta, by łaskawie zechciał być prezydentem, owacje na stająco, portal dla młodych, którego nie udaje się odpalić od ponad dwu lat.

Oto PiS, partia atrakcyjna jak mumia egipska i zadufana w sobie jak faraon . I nic na to nie pomogłaby zamiana prezesa JK na prezesa Ziobrę. Ziobro byłby łatwiejszy dla przeciwników PiS, do których i ja należę, i należałoby właściwie życzyć sobie, by Ziobro dokonał wreszcie wodzobójstwa w PiS. I żeby został kandydatem PiS na prezydenta.

Wtedy dopiero dotarłoby może do społeczeństwa, jak marne są kwalifikacje i kompetencje pana Ziobry i pisowskie marzenia o powrocie na jego plecach do władzy ostatecznie by się rozwiały.

I znów na tym pisowskim tle takie ruchy obywatelskie jak Kongres Kobiet budzą nadzieję, że Polska zmienia się społecznie szybciej niż by wskazywały do znudzenia tradycjonalistyczne wyniki kolejnych sondaży aksjologicznych i różne krucjaty przeciwko społeczeństwu otwartemu. Po nieudanym zjeździe i  udanej manifie powiało nadzieją. 

Ruszcie się, wyborcze leniuchy!

2010/03/4, czwartek

Dwa dni wyborcze, a nie jeden, poprawią znacznie frekwencję, ten wciąż słaby punkt polskiej demokracji . Tak przynajmniej wynika z reprezentatywnego lutowego sondażu na zlecenie Instytutu Spraw Publicznych, którego była szefowa, prof. Kolarska-Bobińska jest dziś euro deputowaną z ramienia PO.

Na pytanie, czy uważają, że wydłużenie wyborów do dwóch dni ułatwiłoby im wzięcie w nich udziału, 60 procent ankietowanych odpowiedziało, że tak. W liczbach bezwzględnych frekwencja mogłaby podskoczyć nawet do 12 mln oddanych głosów. Kiedy siedem lat temu mieliśmy referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii, trwało właśnie dwa dni i głos oddało 5 mln więcej obywateli. Czyżby to te dwa dni głosowania, a nie słynne zdanie Jana Pawła II, Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej, przesądziły o szczęśliwym wyniku na TAK?

Wyliczono już, że dwudniowe wybory kosztowałaby państwo 40 proc. drożej niż jednodniowe. Myślę, że warto zapłacić te pieniądze za rzecz przecież bezcenną: większą reprezentatywność wyniku wyborczego, a więc i naszego systemu demokratycznego.

Pewnie, byłoby lepiej, gdybyśmy już tak dojrzeli obywatelsko, że jeden dzień wyborów by wystarczył; frekwencja była tak wysoka jak np. w Danii czy Belgii (ale tam za absencję przy urnie bez usprawiedliwienia płaci się grzywnę) i to kończyłoby spory typu, przepraszam za porównanie, ukraińskiego czy amerykańskiego, jak silny jest demokratyczny mandat zwycięzców, skoro prawie tyle samo wyborców zostało w domu. Byłoby lepiej, ale u nas ten podstawowy odruch obywatelski, żeby głosować, jeszcze się dostatecznie mocno nie zakorzenił. Więc jestem za konstytucyjnym okresem dwu dni na oddanie głosu.

Dość wyborczego lenistwa, to jest za poważna sprawa dla ustroju, a dla społeczeństwa nie ma w polityce rzeczy ważniejszej niż sprawny ustrój, by w trzeciej dekadzie III RP wciąż się wstydzić za wyborczych leniuchów, którzy zostają w domu pod byle pretekstem, a to że za daleko albo że taka czy inna pogoda, a to że pracują w weekend i nie zdążą lub że nie mają na kogo głosować, a wreszcie, że skoro mamy wolność, to oni z niej właśnie tak korzystają, iż nie głosują.

Tak, wolność polega i na tym, że się nie musi niczego, czego wyraźnie nie nakazuje prawo, ale również na tym, że się z niej korzysta pozytywnie, np. przez udział w wyborach. Tak naprawdę to nie sprzeciwiłbym się nawet, gdyby w Polsce wybory były obowiązkowe, przynajmniej na pewien czas, na przykład do końca obecnej dekady. Czemu by nie spróbować (na tej samej zasadzie, zasadzie eksperymentu usprawniającego system polityczny, od początku popieram ideę parytetów na listach wyborczych)?

Zróbmy to: dwa dni wyborów, głosowanie przez pełnomocnika, głosowanie przez Internet, parytet. Ale okręgów jednomandatowych w wyborach do Sejmu nie róbmy. To sprzeczne z polską tradycją parlamentarną. Tak samo jak likwidacja Senatu, choć nad ostrożnym zmniejszeniem liczby posłów czy senatorów można by się zastanowić . Akurat w tych dwu sprawach jestem konserwatystą.

XXXX
Miło było poczytać wpisy pod poprzednim blogiem, dzięki. Stasieku, lider Arłukowicz lepszy niż lider Napieralski, zgoda, ale szans na reaktywację lewicy wciąż nie widzę; czemu kłamliwi politycy są tolerowani, dobre pytanie. Myślę, że to przede wszystkim wina mediów, które niczego nie sprawdzają, tylko robią z polityki teatr dla ubogich. Zapraszają panią Gęsicką i nie pytają, co z jej kartką, którą wystawiała do kamer, że rząd Tuska nie jest w stanie przerobić unijnych funduszy; zapraszają pana Poncyliusza, który kłamał na temat powodów odejścia Jana Krzysztofa Bieleckiego z bankowego stanowiska, zapraszają panią Jakubiak, która insynuowała na temat sprzedaży stadionu TVN itd. Od show do show, reszta nieważna. Jacobsky, fakt, wielka piątka na kolana nie rzuca, ale w jakim innym kraju rzuca? To takie czasy, demokracja telewizyjna. Arnobio, niestety, nie wierzę w partie raczkujące, uważam obecny układ sił za stabilny (ale naturalnie nie na wieczność). Levar, i dlatego Tusk zarządził prawybory w PO? To się logiki nie trzyma, zob. też wpisy Krysta, wikonwi. Ciekawy wątek dojrzewania elektoratu, ostrożnie popieram tę tezę; Torlin, arnobio, Kartka z podróży, Janek, oby tak było, oby zła pamięć o dwuleciu IV RP nie zginęła w narodzie jako prewencyjne memento. Monteskiusz, jestem mi z Panem po drodze w tym wpisie. Kartka z podróży: to mnie Pan zaskoczył, serio Pan tak uważa? Roman56PL ? dzięki za dzięki. Parker, coś w tym jest, co Pan pisze o populizmie zgłaszanych dziś ad hoc korektach, ale jednak nie można było nie zareagować na zabójstwo pana Struja czy skandaliczną reklamę skatebordową. MW ? hm, niby tak, lecz po angielsku narrative nie brzmi tak pretensjonalnie jak polska ,,narracja”, a co do standardów BBC, to są tacy, co wytykają korporacji grzech lewactwa, np. w relacjach na temat polityki Izraela, ale byłbym z tym ostrożny, choć, a pracowałem w BBC w Londynie przez 2 lata, wielu jej dziennikarzy i redaktorów sympatyzuje z lewicą, to jednak bynajmniej nie wszyscy. Kandydaci na prezydenta, cóż pomysł Heleny z Ewą Łętowską, nie jest zły, lecz politycznie niewykonalny, (Kleofas) podobnie jak z powrotem pana Rotfelda na szefa MSZ (bo Sikorski moim zdaniem pozostanie ministrem). Jan mondry: nie wiem, czy Pan to serio pisze. Pewno pan Piesiewicz byłby kandydatem poważnym, ale tabloid ugodził go śmiertelnie. Optymista, witamy, a chciał Pan w ten sposób poprzeć Sikorskiego? Proszę bardzo. Dzięki wreszcie Janowi Mondremu za niemiecką prognozę o Polsce za 20 lat, tak trzymać!                          
       
    

Wielka piątka prezydencka

2010/03/1, poniedziałek

 

Już w grudniu 2006 r. napisałem blog: Komorowski na prezydenta. Wtedy to była abstrakcja i spekulacja - rządził PiS - dziś wybór Komorowskiego na prezydenta jest całkiem możliwy.

W zasadzie nie lubię takich spekulacji, uważam je za rozrywkę i niewiele więcej. Nie wiemy przecież do momentu ogłoszenia wyniku i zaprzysiężenia, kto będzie następcą prezydenta Kaczyńskiego (może on sam?).

Ciekawe jest co innego: jak się w tych spekulacjach ujawniają sympatie i antypatie polityków, komentatorów, obywateli. Co się liczy i co jest w cenie na rynku politycznym, a co nie. Jaka Polska komu pasuje.

Jaka? Bardziej liberalna czy bardziej konserwatywna? Bardziej czy mniej klerykalna? Bardziej czy mniej socjalna? Bardziej czy mniej chętna do współdziałania w Europie? Te określenia trzeba by zresztą prześwietlać jeszcze dokładniej niż życiorysy i poglądy kandydatów.  Bo w kampaniach wyborczych propagandyści wszystkich sztabów i znaczna część mediów redukują  te terminy do wydmuszek.

W dyskusji pod poprzednim blogiem o ,,dzikiej” Polsce ujawniły się różnice, o jakich wspominam. Obraz Polski, w jakiej żyjemy, i ja, i anonimowi autorzy komentarzy do blogu, niełatwo zbilansować. I może nie trzeba tego robić, bo prawda społeczna nie jest prawdą matematyczną.

Moja prywatna prawda o Polsce jest taka, że widzę w niej wielki potencjał i wielkie zagrożenia. Jedno i drugie wynika z naszej historii, jej wpływu na polską mentalność, z czynników kulturowych. Polak potrafi być zaradny i wielkoduszny, przedsiębiorczy, twórczy i kooperatywny, ale bywa także nienawistny i zaczepny, megalomański, roszczeniowy, anty-wolnościowy, bigoteryjny, prowincjonalnie zachowawczy np. w dziedzinie sztuki.

I to do takich Polaków idą kolejny raz kandydaci do prezydentury. Widać od razu, że do każdej grupy i warstwy nie dotrą. To na jaką postawią przede wszystkim?  

Minister Sikorski jest dziś faworytem sondaży poparcia wszędzie poza Platformą, w której silniejszy jest marszałek Komorowski. I to się chyba nie zmieni, co znaczy, że to on będzie kandydatem. Jednak nie wykluczam interwencji Tusk ex machina, gdyby w najbliższych tygodniach społeczne wyborcze poparcie dla Sikorskiego wyraźnie wzrosło. Minister swym startem w Bydgoszczy pokazał, że będzie robił kampanię adresowaną do młodszych i nowoczesnych, do czujących się w obecnej Polsce Tuska nieźle i niepodatnych na wdzięki sił takich jak PiS czy SLD.

Komorowski nie ma w tej sytuacji wyboru. Musi przedstawiać się jako ojciec narodu, bo Sikorski zajmuje miejsce lidera zmian. Kaczyński ani w jednej ani w drugiej roli nie będzie wiarygodny, więc faktycznie ma szanse niewielkie, jak mu dość powszechnie wróżą i różni guru, i zwykli Polacy w swych nocnych rozmowach.

Podobne kłopoty z zdolnością przekonywania będą mieli panowie Olechowski i Szmajdziński. Bo w czym mieliby być lepsi w roli lidera zmian od Sikorskiego lub w roli ojca narodu od Komorowskiego?

Moja wizja polityki polskiej i państwa polskiego nie pasuje do żadnego z tej wielkiej piątki  prezydenckiej(włączam do niej także Lecha Kaczyńskiego, a pomijam panów Jurka i Nałęcza jako niewybieralnych, choć każdy z innych powodów).

Takie czy inne jej cząstki odnajduję u każdego z nich, nawet u Kaczyńskiego (Ukraina, Izrael). Pasowałaby może do prof. Geremka, ale też nie do końca. Albo do Jerzego Giedroycia. Jednak , jak wzywał poeta, trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. Tylko czy Polska chce jakiegoś nowego życia, jakiejś prawdziwej zmiany, wyjścia poza trójkąt Tusk, Kaczyńscy, reinkarnacja Kwaśniewskiego?

XXXX

Torlin, rysberlin: dzięki za wpisy. Jednak problemu korupcji PiS pierwszy nie postawił, stawiał go choćby Cimoszewicz. Mitem jest, że PiS wiele na tej niwie korupcyjno-gangsterskiej zdziałał, o czym pisze w ostatniej Polityce Piotr Pytlakowski (,,Zdechła ośmiornica”). Dobrze jest czasem powiedzieć kilka ciepłych słów o własnym kraju, to jest mi bliskie, ale warto też posłuchać opinii takich, jak Janka, Jacobsky?ego i częściowo Krysta i Stasieku. Jak piszę wyżej, jednym z kluczy do polskiego sukcesu (lub polskiej porażki) jest to, czy okażemy się zdolni do korekty kulturowej, zmniejszenia naszych negatywnych cech społecznych. Artur: pięknie, ale nie samym orłem żyje Polak, a nawet rzadko nim żyje, bo na co dzień zamyka się w rodzinie i ewentualnie grupce koleżeńskiej, a reszta go nie obchodzi. Heimdall.laik, ależ zachowa się, na co mogą wskazywać sondaże i nastroje (zob. Torlin), natomiast w gabinecie Tuska nie widzę, jak Pan pisze, pełno patologii. Jan Mondry, chyba nie; Fidesz, Klaus: zgoda, dzięki za przykłady niemieckie. IVO, sprawa była i jest wałkowana w Polityce.             

Dziwny kraj Polska

2010/02/26, piątek

Opozycja łamie kołem byłego ministra sportu za ,,dziki kraj”, jak nazwał Polskę. Lepiej by pana Drzewieckiego zostawili w spokoju. Jak dotąd, żadnych formalnych zarzut ów mu nie postawiono.

Drzewiecki ma prawo do rozgoryczenia. Zrobił sporo jako minister sportu, a wcześniej jako działacz PO. Wcieleniem cnót i mądrości nie jest, ale też nie ma co go demonizować.

Polska może nie jest dzikim krajem, ale dziwnym to jak najbardziej. Dziwność polega i na tym, że opozycja, przede wszystkim PiS, tak się patriotycznie oburza na Drzewieckiego. A kto, jak nie niektórzy liderzy i koryfeusze PiS, nazywał nasz kraj Ubekistanem? W czym to porównanie jest lepsze od ,dzikiego kraju”. Myślę, że Ubekistan to dużo większa zniewaga dla Rzeczpospolitej.
Lista polskich ,,dziwności” jest długa. Na przykład to, że panu Kamińskiemu z CBA uchodzi na sucho ,,testowanie” premiera Tuska, którego był podwładnym, a posłowi Ziobrze uchodzą na sucho społeczne skutki jego wypowiedzi o dr. G. I jeszcze list do premiera od prezydenta w sprawie insynuacji jego brata, prezesa PiS, pod adresem ministra Sikorskiego.

Szkoda gadać. Trzeba walczyć tak jak się walczy w krajach cywilizowanych: kartką wyborczą.      
    
XXXX

f - tak, dzięki za erratę. Torlin - ależ owszem, pani Robinson to jest podobna wpadka tym razem w kręgach chrześcijańskich fundamentalistów, korciło mnie żeby o tym też napisać, tak jak o zdemaskownym świeżo rabinie pedofilu w Izraelu, bo naturalnie takie wpadki nie kończą się na katolikach. 36latek, niech Pan da spokój: wystarczy zajrzeć do encyklopedii PWN, na Wikipedii świat się nie kończy, poza tym nie zrozumiał Pan mego tekstu a na dodatek insynuował, że wypowiadam się na temat, o którym nie nic nie wiem, stąd dałem Panu szansę w postaci odsyłacza do mego tekstu sprzed lat. bardzo Smutny Ateista: no tak, tendencja jest zapewne nieodwracalna, co nie znaczy, że chrześcijaństwo zniknie w przewidywalnej przyszłości. Proszę zrozumieć: ani ja, ani Pan, ani nikt nie wiemy, czy, jak Pan to określa, Jezus żyje, ale to dla sprawy nie ma znaczenia. Liczy się fakt społeczny: dopóki są ludzie, którzy wierzą, że żyje, to Jezus żyje bez względu na to, jaka jest prawda obiektywna. Żyje w ich sercach i umysłach jako idea, wzór i inspiracja. To wystarczy, by religia była ważna, warta poznania i komentowania.     

Pani biskup musiała odejść

2010/02/24, środa

Ale skandal!. Pijana biskup Margot Kaessman śmiga autem na czerwonym świetle w Hanowerze. Na szczęście nikogo nie potrąca.

Dosłownie nie potrąca, ale metaforycznie jak najbardziej. Złamała sobie kościelną karierę: szefowa dobrze ponad 20-milionowego Kościoła protestanckiego w Niemczech to jedna z najwyższych godności w państwie. Ale co tam kariera osobista. Ewangelicy znajdą następcę.

Tylko kogo? Osobę o podobnie ostrych, lewicowych, sądach politycznych i społecznych? Kobietę? Kaessman była pierwszą w historii zwierzchniczką Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego (luterańskiego). Była, jak to się dziś mówi, ikoną. Medialna, po przejściach życiowych, aktywna w wielu dziedzinach. Mogła przyhamować odpływ wiernych.

Ale jej wybryk, raptem kilka może kilkanaście sekund, rozciął jej życie na dwie połowy: przed i po wypiciu butelki wina i jego skutkach. Ta połowa przed teraz wydaje się zmarnowana. Byłem prawie pewien, że Kaessman ustąpi. Okoliczności łagodzących nie było. Pijanych kierowców uważam za drani, obojętne ikony czy nie. A jej wysoki status tylko sprawę pogarszał w myśl starej dobrej zasady, że szlachectwo zobowiązuje.

Społeczną rolą duchownych jest przekazywanie depozytu wiary oraz dawanie tej wierze osobistego świadectwa. W drugiej połowie swego życia, tej liczonej od incydentu, biskup Kaessmann przestała być autorytetem moralnym. Kto by teraz słuchał jej nauk etycznych? Jeśli traktuje się serio swoje powołanie i misję, nie można w takiej sytuacji nie odejść. 

Podobno biskup odesłała swego szofera do domu, bo kolacja się przedłużała. W porządku, tak zachowuje się każdy VIP mający prawo do szofera. Ale czemu nie wzięła taksówki? To tak samo jedyne normalne zachowanie w takiej sytuacji.

Kiedy przed paru laty pewien toruński biskup katolicki był tak pijany, że poszedł się przespać, nie zgłosiwszy się do samolotu, który miał odlecieć do kraju, nie zrobił niczego wielkiego. Zachował się po prostu, hm, przytomnie.

Gorzej było po powrocie, kiedy trzeba było incydent wytłumaczyć wiernym i mediom.  

 
Cokolwiek złego powiemy o biskup Margot, to akurat mataczenia zarzucić jej nie można. Ani obłudy. Mimo że władze Kościoła nie zażądały od razu jej dymisji, a część mediów nawet stanęła w jej obronie, szybko sama doszła do oczywistej oczywistości, że musi zrezygnować. Rezygnując tak szybko i bez wykręcania kota ogonem, paradoksalnie postawiła pierwszy krok ku odbudowaniu swej reputacji.

XXXX
Kapuściński 2

Już wiemy, że wdowa po pisarzu przegrała w I instancji i że zapowiada apelację. Moje wątpliwości nie zostały rozwiane. Helena: dzięki za odsyłacz.

Polszczyzna

Nie jestem przeciwnikiem pożyczek językowych, nie lubię tylko, jak robimy kuku mistrzowi Rejowi. Telegraphic observer: dobrze, jeśli te kalki Panu nie przeszkadzają, by powiedzieć to, co Pan rzeczywiście chce powiedzieć kasjerce, ja kopii o to kruszył nie będę, bo przyjmuje na wiarę, że po prostu chciał być Pan grzeczny, a wtedy forma językowa jest mniej ważna, liczy się, powiem patetycznie, budowa kapitału społecznego. Na co dzień jednak wolę Czym mogę służyć i Powodzenia, pomyślności, wszystkiego dobrego. Bo do tego przywykłem w domu rodzinnym i w literaturze pięknej. A uwag ,,narracyjnych” nie kierowałem do uczestników blogosfery, tylko do ludzi polityki i mediów. Weirdo13: drobna narracja jest wybaczona :). Torlin: jasne, że polszczyzna zrobi swoje, odsieje ziarna od plew, ale zależało mi na tym, by zasygnalizować problem ubożenia języka: od tego właśnie są zamienniki i synonimy, by ubożenie hamować (zob. wpis Lupina, dzięki!). Kazek: dobre! AS: tak właśnie; a co do problemów z ,,w”, to kolejnym kwiatkiem jest fraza być W czymś zainteresowanym, gdy poprawnie być powinno: być czymś zainteresowanym.

Subito

Kartka z podróży: zgadzam się, nie wszystko jest na sprzedaż. To jest poniekąd ten sam problem, jaki mamy z biografią Kapuścińskiego pióra Domosławskiego. Jakiekolwiek były motywy postulatora, to jednak wyszło kuriozalnie. Ale skoro wyszło, to trudno o tym wątku ascezy nie wspomnieć. Ella34: po pierwsze proszę zauważyć, że sam piszę o tradycji ascetycznej w religii, nie tylko przecież chrześcijańskiej: czym jest indyjska joga, jak nie ascezą. Ale żyjemy w świecie popkultury, w którym ignorancja jest potężna i wzmacniana przez takie popkulturowe produkty jak hity Dana Browna. Obrazy umartwiającego się papieża niechybnie muszą się ludziom wychowanym na popkulturze kojarzyć negatywnie (zob. też wypisy Wodnika53 z Umberto Eco . 36latek: słowo dewocja ma też znaczenie pobożności, takiej czy innej jej formy i w tym sensie go używam; odsyłam też do odsyłacza w moim tekście, bo jest Pan zdaje się w gorącej wodzie kąpany: http://archiwum.polityka.pl/art/ludzkie-dzielo-boze,375950.html.   

Za dużo tych ,,narracji”

2010/02/22, poniedziałek

Zainspirowała  mnie Małgorzata Kozłowska, autorka  zamieszczonej na Polityka.pl  analizy ,,Jak oni grzeszom” o błędach językowych polskich polityków. Prawie wszystkie uwagi trafne, narracja dowcipna. Narracja!? Czy ja też uległem modzie na słówko ,,narracja”?

Nie, ona raczej mnie drażni. (O tym, co ją drażni w naszych użytkach z polszczyzny dla portalu polityka.pl pisze Krystyna Lubelska; ja nieskromnie nadmienię, że nieco wcześniej sam pisałem o kondycji naszego języka w Polityce papierowej: http://archiwum.polityka.pl/art/w-ojczyznie-polszczyznie,427036.html).

To dobrze, że nagle mamy taki ,,wysyp” tekstów o polszczyźnie w naszym tygodniku. W końcu nie samą polityką żyje czytelnik Polityki, a zresztą i większość obywateli (ponoć polityką interesuje się 15 procent obywateli).
Czytam te i inne uwagi o polszczyźnie z dużym zainteresowaniem, bo sam jestem z wykształcenia polonistą, nałogowym molem książkowym i prasowym (w wersji ,,classic”, którą wolę i on-line, do której mam stosunek wałęsowski: nie chcę, ale muszę). I życie języka, zmiany, tendencje, wreszcie mody, ale też jego stan ogólny, kondycja polszczyzny, leży mi na sercu.

Bom także człowiek żyjący ze słów. Tu anegdota: po spotkaniu autorskim jednego z mych przyjaciół  jakaś dziewczynka z podstawówki spytała go: Skąd Pan ma te słowa?

Skąd na przykład - to już moje pytanie, a nie dociekliwej uczennicy- ta kariera ,,narracji” ? Poloniście, przynajmniej mojej generacji, narracja kojarzy się przede wszystkim z teorią dzieła literackiego, sztuką i techniką opowiadania, snucia fabuły.

Tymczasem dziś ,,narracja” robi zawrotną karierę w mediach, polityce i marketingu politycznym. Nie jest jednak dla mnie jasne, w jakim ostatecznie znaczeniu: pozytywnym, czysto opisowym, czy jednak lekko pejoratywnym. Ja bym się skłaniał do tej ostatniej ewentualności. Mnie się ta moda na ,,narrację” nie podoba; drażni mnie - jak panią Lubelską drażni językowa infantylizacja.

Po pierwsze: czemu nie mówić po polsku :sposób przedstawienia (zdarzeń czy postaci), wywód, opowieść, opowiadanie o nich. Po drugie: zatrąca mi to pożyczką, a jakże z angielskiego, ale po angielsku ,,narracja” (narrative) brzmi naturalnie, a po polsku pretensjonalnie. Po trzecie, wielu naszych ,,narratorów” zdaje się nadawać ,,narracji” znaczenie manipulacji odbiorcami przy pomocy właśnie tej czy innej ,,narracji”. Słyszymy na przykład, że jakaś ,,narracja” ma ,,przykryć” inną.

Walka z modami językowymi nie ma sensu, to jasne. Sam im czasem ulegałem. Niech sobie będą. Nie jestem językowym fundamentalistą. Ale mi te akurat ,,narracje” jakoś nie podeszły.

Podobnie jak niektóre inne takie mody językowe. Na przykład ,,tak naprawdę”. Albo(wspomina o tym pani Kozłowska) ,,Mam wiedzę”. ,,Nie mam wiedzy”. ,,Nie mam takiej wiedzy”. Albo ,,Miłego dnia” (kalka angielskiego Have a nice day). Lub ,,w czym mogę pomóc” (Can I help you).

Mówcy! Użytkownicy języka ojczystego! Polszczyzna jest bogatsza niż wam się zdaje. Bez trudu znajdziecie zamienniki.

I jak to jest, że przy powszechnej manii na anglo-makaronizację polszczyzny, zdarzają w polskich mediach takie kwiatki jak ,,klerycy muzułmańscy”. To kalka angielskiego ,,clerics”, co oznacza duchownych. Po polsku kleryk to przyszły ksiądz katolicki. Skąd serwisanci biorą te słowa? - sparafrazuję pytanie uczennicy. Skąd kleryk w Iranie? Czy tak trudno sprawdzić w słowniku?            

Santo, ale nie subito

2010/02/20, sobota

W mediach i Kościele huczy o opóźnieniu beatyfikacji Jana Pawła II. To rozczarowanie nie jest racjonalne. Żadnego terminu oficjalnie Watykan nie wyznaczył, to w Polsce mnożyły się i mnożą sugestie i spekulacje na ten temat.
W Rzymie spekulacje są zgoła inne. Gola samobója strzelił beatyfikacji ks. Oder, tak zwany postulator procesu beatyfikacyjnego papieża Polaka. Oddał sprawie niedźwiedzią przysługę, bo wydał książkę wykorzystującą poufne materiały gromadzone na potrzeby beatyfikacji.

W polskiej prasie podaje się przykłady: listy papieża wyrażające gotowość do dymisji, jeśli taka będzie wola Kościoła i katechezę o zamachu Agcy. Za to nie znalazłem wzmianki o tym, co akurat bardziej zainteresowało media włoskie w książce postulatora: że papież praktykował umartwianie. Między sutannami miał pas do samobiczowania.

A to w dzisiejszym świecie kultury masowej. wychowanym na Danie Brownie i nic nie wiedzącym o kościelnej tradycji ascetycznej, musi się kojarzyć z dewocją a la Opus Dei, a to jest skojarzenie fatalne dla wizerunku Wojtyły. Oderowi o to na pewno nie mogło chodzić, ale wyszło odwrotnie. Chciał pomóc, przyspieszyć, zafrapować , bo motyw sławy i pieniędzy wykluczam, a zbulwersowani prałaci zareagowali sprawieniem przykrej niespodzianki wszystkim, którzy oczekiwali, że to już, że w rocznicę wyboru Wojtyła będzie błogosławionym Kościoła.

Ale bez przesady. Późniejszy termin to żadna katastrofa. Karol Wojtyła jest niezagrożony. Nawet jeśli beatyfikacja nastąpi za rok, to i tak bardzo szybko jak na watykańskie młyny.

Dlatego za bardziej znaczącą uważam wiadomość o petycji dziewiętnastu katolickich teologów i historyków do Benedykta XVI, aby opóźnić beatyfikację Piusa XII. Chodzi im oczywiście o kontrowersję, czy papież zrobił wszystko, co było możliwe dla ratowania Żydów od nazistowskiej zagłady.

Uważają, że pełnej odpowiedzi trzeba szukać jeszcze gruntowniej, a to wymaga czasu i większego dystansu. Nie są przeciwko kanonizacji, lecz przeciwko pośpiechowi, którego skutki mogą stosunkom katolicko-żydowskim nieodwracalnie zaszkodzić.  

Inicjatorami są amerykańscy księża profesorowie John Pawlikowski, etyk i Kevin Spicer, historyk. Tak jak reszta podpisanych zajmują się dialogiem katolicko-żydowskim i studiami nad Holokaustem. Podkreślają, że sprawa Piusa XII nie jest tylko powodem troski Żydów, a tak się ją zwykle przedstawia, lecz także katolików. Wśród sygnatariuszy nie ma nikogo z Polski.

XXXX
Kapuściński

Z wpisów pod blogiem o pozwie pani Kapuścińskiej wynika, że nie wszyscy ich autorzy zrozumieli mój zamiar, jak choćby Telemach czy Torment. Nie piszę o samej książce, nie oceniam jej, piszę o dobrym prawie wdowy do wstrzymania jej publikacji przez sąd. Zastanawiam się nad tym, jak mogło dojść do tego konfliktu.I co w tym dziwnego, Rysberlin, że wolę światłocień niż rąbankę? Przy okazji wyszła w dyskusji kwestia wolności słowa, np. w wpisie autorstwa to ja. Uważam, że jej ograniczenie, ale tylko w wyraźnie określonych prawem  sytuacjach, nie jest sprzeczne z liberalną demokracją. Zaciekawiła mnie wywiązana dzięki wpisom m.in. Kartki z podróży i Heleny pod-dyskusja o korespondentach wojennych i globalnych. Intrygujące wydały mi się poetyckie przywołania miłosne  - chwila świeżości, dzięki! Ossa: zgoda, ale kto wpada w histerię?! (zob. wpis kzp). Leon: miałem na myśli instynkt doświadczonego wydawcy, a zdanie Illga o przyjaźni zrozumiałem tak, że publikacja w formie oryginalnej, bez korekt, wyrządziłaby Kapuścińskiemu krzywdę, a bronić sam już się nie może (por. wpisy Doroty Szwarcman i Heleny). Tatiana.Larina ? dzięki za odsyłacze, ale polecam też ich krytykę w innych wpisach. Spin doctor: domyślam się, że nie lubi Pan III RP w jej obecnym kształcie, ale z tą ,,tak zwaną” opozycją demokratyczną to chwyt brzydki. Michał: cytaty interesujące; stasieku: słuchałem Bratkowskiego i ja, wytykał mediom powierzchowność słusznie, ale może w takim razie wysłałby kogoś ze Studia Opinii na taki prawdziwy wywiad z prezesem Kaczyńskim? 

Wojna polsko-białoruska
Ciekawe te wpisy krytyczne wobec frakcji pani Borys, ale ponieważ anonimowe, nie wiadomo, jak prawdziwe; Grzegorz: wyrażenie Polacy Borys oznacza jej stronników. Nih ? zero zrozumienia, por. wpis Heleny. Stan ? dobry pomysł. Kartka z podróży, PA 2155: wszystko dobrze, ale czemu przeciwko orientacji proeuropejskiej (chyba że źle zrozumiałem). Spin doctor: no,no, dzięki za wykład. MW ? no właśnie. Wodnik53: OK., a słowa stadność użyłem w sensie konformizmu, owczego pędu za stadem i jego przywódcą, czego  nie cenię, kolektywność w sensie dobrowolnej współpracy dla wspólnego dobra mi nie przeszkadza. Na koniec polecam wszystkim zainteresowanym tematem książkę mego ulubionego Timothy Snydera ,,Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999”. Jak to jest, że ktoś całkiem z zewnątrz, bez żadnych tutejszych korzeni, pisze o naszym regionie Europy tak ciekawie i tak sensownie? A może właśnie dlatego, że nie ma tu korzeni?                     

Kapuściński na cenzurowanym

2010/02/17, środa

Wdowa po Ryszardzie Kapuścińskim ma prawo wystąpić do sądu o zakaz publikacji książki o nim napisanej przez  Artura Domosławskiego. Szkoda, że Alicja Kapuścińska na razie nie podaje żadnych powodów tak drastycznej akcji, bo to zwiększa zamęt  wokół sprawy.

Ale nie trafia też do mnie zarzut, że pozew jest cenzurą prewencyjną. Wdowa nie żąda przecież zmian w treści, lecz działa w obronie dóbr osobistych męża i rodziny: tak przynajmniej rozumiem jej intencję.      

Są dwie możliwości  (odrzucam plotkę, że ten szum to element kampanii promocyjnej).
1  pani Kapuścińska ma dobre powody do pozwu, czyli twarde dowody, że Domosławski w czymś istotnym uchybił sztuce dziennikarskiej, wypaczając prawdę o pisarzu.
2  pani Kapuścińska zareagowała przesadnie i pozew powinien zostać odrzucony. Zakaz publikacji to w systemie demokratycznym rzecz dopuszczalna, ale bardzo rzadka. Muszą być naprawdę przekonujące powody. Mam nadzieję, że sąd, jeśli zakaz wyda, to go wzorowo uzasadni.

Książki Domosławskiego nie znam, bo do mnie nie trafiła przed jej wydaniem planowanym na 1 marca, choć znam i cenię autora. Z ciekawością czytałem rozmowę z nim Daniela Passenta niedawno w Polityce. Nic mnie w niej nie zaniepokoiło.

Ale jakieś światło ostrzegawcze zapaliło się, gdy Jerzy Illg oświadczył, że książki ,,Kapuściński-nonfiction” nigdy by w Znaku nie wydał, bo z pisarzem był w przyjaźni. Odczytałem te słowa tak, że zdaniem Illga, opowieść o życiu i pisarstwie Kapuścińskiego w wersji Domosławskiego jest, delikatnie mówiąc, niewypałem i renomowane wydawnictwo ZNAK nie może sobie strzelać samobója. A wydało wiele książek Kapuścińskiego i o Kapuścińskim.

Co z tym teraz począć? Szkoda książki, bo zapowiada się, jak wynika z tego, co o niej czytam i słyszę, pomijając sprawę pozwu, interesująco. Ale szkoda też Kapuścińskiego, jeśli istotnie książka miałaby się okazać jakimś tworem tabloido-podobnym, albo paszkwilem w stylu lustracyjnym. Jednak trudno mi uwierzyć, by Domosławski poszedł takim tropem.

A może chodzi o to, że na taką książkę jeszcze pora w Polsce nie przyszła. Że nie chcemy, by tak szybko po śmierci pisarza ktoś tak blisko z nim związany, a kto sam nazywa go swym  mistrzem, nie ściągał go już z piedestału . Bo co innego kwestia tabu, a co innego kwestia smaku.  

XXXX

Do wojny polsko-łukaszenkowskiej wrócę rychło.

Pod czyją flagą ta wojna polsko-białoruska?

2010/02/15, poniedziałek

Warszawa powinna ujmować się za białoruskimi Polakami, ale nie dlatego, że to Polacy, lecz dlatego, że to ofiary nękania mniejszości przez władze. A tego zabrania prawo unijne. Białoruś zaś do Unii, a w każdym razie do jej programów współpracy i partnerstwa, aspiruje. Przynajmniej na aktualnym etapie łukaszenkizmu.

Metoda ,,na Unię” może pomóc Polakom Andżeliki Borys prędzej niż jakieś pobrzękiwanie szabelką przez dziarskich posłów i konsulów RP. Ten wariant ćwiczyliśmy z jeszcze mniejszym skutkiem niż dzisiaj.

Niestety, polska prawica z tego wniosków nie wyciąga i dalej powtarza brechty, że trzeba twardo i jeszcze twardziej. Ciekawe, jak by się zachowała, gdyby podobny konflikt wybuchł w jakimś związku mniejszości będącej obywatelami Polski. Czy broniłaby frakcji popieranej z zagranicy?   

Oczywiście, nie ma żadnej pewności, że granie drużynowe, z wsparciem pana Buzka, premiera Szwecji i innych tuzów UE, da efekt. To jest klasyczny problem w kontaktach demokracji z autorytaryzmem. Ale tym bardziej nie da go konfrontacja na linii Warszawa-Mińsk. Przyniesie raczej pogorszenie sytuacji frakcji Borys i polskiego biznesu mającego białoruskie interesy.

Swoją drogą, nigdzie w polskich mediach nie słyszę, co ma do powiedzenia o sprawie proreżimowy Związek Polaków, jakiś reprezentant  Mińska, przedstawiciele Związku Białorusinów w Polsce (czy ciesząc się swobodą, solidaryzują się z panią Borys?) i białoruskich działaczy opozycyjnych.

Tak nasze media potęgują wrażenie, że to wojna polsko-łukaszenkowska, a poza nią nie ma nic. Tymczasem jeśli nawet trzymać się tej retoryki, to jest to wojna unijno-białoruska. Bo ostatecznie chodzi o standardy i prawa europejskie dla wszystkich obywateli, w tym dla demokratycznej opozycji, w Białorusi, a nie tylko dla Polaków.

A co do samych białoruskich Polaków, to mam przykre wrażenie, że białoruskimi Polakami gra nie tylko jakaś grupa w Mińsku przeciwko innej grupie w Mińsku, lecz także, że w roku wyborczym zaczyna się nimi grać w Polsce, strzelając w Sikorskiego i Tuska. Polacy wokół pani Borys stają się pionkami w grze, w której tak naprawdę nie chodzi o nich, tylko o szkodzenie politycznemu przeciwnikowi.

XXXX
Z wieloma wpisami w dyskusji pod blogiem o nożownikach bardzo bym się spierał, w wielu odnajduję się częściowo, ale za (prawie) wszystkie dziękuję, także te z bulwersującymi przykładami i z porównaniami z innymi krajami. Szczególne dzięki dla: Lae, Katarzyny, Seiendes, PAK. W nawiązaniu do wpisów takich jak Romskeya powiem tak: nie ignoruję wielu powodów systemowych czy strukturalnych, które mogą rodzić aspołeczność naszego społeczeństwa, lecz uważam, że żaden z nich nie zdejmuje odpowiedzialności z konkretnego człowieka za jego konkretne czyny. W tym wypadku policjant akurat nie był brutalny, brutalni byli napastnicy. W szczególności zaś nie obarczam za ten stan rzeczy naszego prawa, lecz raczej brak jego zrozumienia i akceptacji w społeczeństwie, a także ograniczoną wydolność policji, sądów, więziennictwa. Przerzucenie dyskusji z diagnozy społecznej na diagnozę policji i państwa ku aplauzowi wielu dyskutantów potwierdza moim zdaniem, że na razie jesteśmy wciąż w głębokim dołku, zwanym niskim kapitałem społecznym. Oby rację mieli ci, którzy jak Cyryl czy Jacobsky nie tracą nadziei, że zmienimy się, już się zmieniamy na lepsze. I to mimo tego, iż nie jesteśmy bogaci i stadni jak Skandynawowie, ani zorganizowani jak Niemcy czy Amerykanie.        

Nożownicy

2010/02/12, piątek

W biały dzień w stolicy europejskiego państwa dwóch niepełnoletnich bandytów morduje doświadczonego ale nieuzbrojonego policjanta. Ta tragedia mnie bulwersuje. Oczywiście z powodów ludzkich: osierocił dwie dziewczynki, ale też społecznych.

Jak mogło do tego dojść? Skąd, z jakich domów i szkół, pochodzą tak zdeprawowani młodzi ludzie? Czy nie ma skutecznych systemów wczesnego ostrzegania przed nimi i jakiejś resocjalizacji nim jeszcze zostaną zbrodniarzami, łamiąc życie innym i sobie?

Dlaczego nikt z świadków zbrodni  nie próbował do niej nie dopuścić? Przecież nie musiał sam się rzucać na zbrodniarzy, były inne sposoby , by im przeszkodzić, odwrócić uwagę, wezwać przez komórkę pomoc i grać na zwłokę, czekając na policję czy straż.    

Jakim jesteśmy społeczeństwem i jak sprawne jest nasze państwo: to są  pytania ważniejsze niż większość tych, które mielimy w mediach. Nie wiem, może ktoś próbował jakoś ratować policjanta, może policjant źle ocenił ryzyko, może miał pecha. Ale ta śmierć od noża nie daje mi spokoju.

Mamy społeczeństwo, które nie chce lub nie umie być społeczeństwem. Najwyżej cenimy rodzinę, poza nią nosa nie wychylamy. Nie życzymy sobie żadnych ingerencji zewnętrznych. Ten ślepy kult rodziny każe odrzucać projekt ustawy o przemocy w rodzinie pod pretekstem, że podkopuje on zaufanie do rodziny. Przemoc, owszem, istnieje, ale ,,domowa”.  Politycy i działacze spierają się o słowa, a w domu, czyli w rodzinie, mąż bezkarnie katuje żonę, ojciec lub wujek gwałci dzieci. 

A kiedy w rodzinie pojawi się nożownik, a to się może zdarzyć w każdym domu, tym normalnym też, jesteśmy bezradni. Nie wiemy, co robić. Taki wstyd, taki strach. Więc nożownik nie wstydzi się, że jest nożownikiem.  

Czy może być sprawne państwo, jeśli społeczeństwo jest aspołeczne? A czy społeczeństwo może być inne w nieskutecznym państwie? Błędne koło.

XXXX
PA2155: no właśnie, mnie też się wydaje, że MB woli McCaina, ale Palin to chyba nie, a już z pewnością nie jest ona faworytem całej Gazety; co do przyszłości amerykańsko-chińskiej, to myślę, że jest i pozostanie ona mieszanką love and hate, fascynacji i rywalizacji, na czym  mogłaby skorzystać Europa. Pfg: tym razem bardziej mi po drodze z PA2155, Wodnikiem53, za wcześnie na tak ostre oceny polityki Obamy, no ale ja zwykle trzymam się w centrum. Kartka z podróży: święte słowa! Tylko z tym lotniskowcem mam kłopot :) Może karawela? Albo transatlantyk! I podobnie widzę temat bombardowań, faktycznie ciekawy, jak zauważa Jacobsky i autorzy innych wpisów. Nemer: no bomba z tym jeepem, dzięki! Janek: a skąd ta pewność, że z PE i KE zawsze był cyrk? Proszę sobie przypomnieć sprawę komisji pod przewodnictwem Jacquesa Santera! Sceptyk: dzięki za sugestię, kto wie.           
 

Czy Obama obraża Europę?

2010/02/9, wtorek

Unia ma wreszcie nową Komisję. Ale e-Polska żyje Ukrainą, a nawet Ameryką, co tam Europa. Może inaczej: Europa tak, ale widziana z Waszyngtonu. Oto w największym polskim dzienniku jego waszyngtoński korespondent zastanawia się, czy Obama obraził Europę, odwołując udział w planowanym na maj szczycie UE-USA.

Marcin Bosacki uważa, że były dobre powody, bo Europę trudno uznać za gracza z pierwszej półki. Te  refleksje wydrukowano w GW wczoraj, a dziś medialną burzę w  szklance wody wywołał tekst na ten sam temat w blogu publicystki The Washington Post, Anne Appelbaum. Jej zdaniem, Obama ma rację.  Takie szczyty to strata czasu, owszem menu pierwszorzędne, ale konkretów zero. A przecież są ważne sprawy do załatwienia: polityka energetyczna, relacje z Rosją, Afganistan. Tylko kogo słuchać w Brukseli, gdy wszyscy się przekrzykują.

Znad Wisły widzę to jednak trochę inaczej. Panią Appelbaum, choć deklaruje się jako eurolub, nudzi i złości, że unijne młyny mielą tak powoli. Ale przecież Unia to nie państwo federalne jak USA, tylko związek państw narodowych połączonych pewnym wspólnym etosem i programem współpracy opartym na zasadzie konsensu. Wspólnota wspólnotą, ale egoizmy narodowe ego izmami, interesy interesami.

W tej sytuacji oczekiwanie utarcia się wspólnej polityki w tak trudnych sprawach, jak Rosja, energia czy Afganistan, wydaje mi się nieco naiwne. To musi trwać i niech trwa, bo noża na gardle Europa na szczęście nie ma i lepiej wypracować lepsze stanowisko nawet za cenę irytacji niektórych publicystów czy polityków po obu stronach Atlantyku.

Odwołanie szczytu nie jest sukcesem dyplomacji amerykańskiej ani unijnej, lecz przykrym zgrzytem, do którego nie powinno było dojść. W Ameryce wzmocni ono tamtejszych eurosceptyków i eurofobów, w Europie zaś jankesożerców.

Jeden incydent nie może być pretekstem do jakiegoś unijnego ADHD. Europa przyjęła wprawdzie Obamę entuzjastycznie i mogła się spodziewać nowego otwarcia w stosunkach z Waszyngtonem. Ale czy zrobiła wszystko, co można było i należało zrobić po epoce Busha? Europejczycy czują się nieswojo, kiedy pomyślą, że za Busha było lepiej przynajmniej w tym sensie, że jego wizyty w Europie miały wagę, której dotąd nie mają liczne (już bodaj 9) ale ceremonialne przyjazdy Obamy.

Obama nie obraził, ani nie chciał obrazić Europy. Jego ekipa zdaje sobie sprawę ze znaczenia współpracy z Europą  w epoce globalnych zagrożeń. Świeża kontrowersja wokół bazy danych osobistych pokazuje jednak, że i tu są poważne różnice zdań, a to Waszyngton zniechęca. Chodzi więc o rozczarowanie (zresztą po obu stronach), a nie o jakieś fochy Obamy. A rozczarowanie można odczarować.    

 

Warkocz Julii nie pomógł

2010/02/7, niedziela

Miło było patrzeć na Julię Tymoszenko, jak w swym obecnym wcieleniu córy Ukrainy, broni marzenia o bogatej i europejskiej ojczyźnie. Kiedy piszę te słowa, podano do wiadomości pierwsze dane oficjalne.
Po przeliczeniu 2 procent oddanych głosów przewaga ,,niebieskiego” Janukowycza nad pomarańczową Tymoszenko wynosi ponad 6 procent (51, 36: 44, 16). To sporo i możliwe, że Julia na razie swego marzenia nie będzie wcielała w życie jako prezydent.

Przegrana Tymoszenko to niedobra wiadomość. Oznacza ona zasadnicze osłabienie obozu pomarańczowych (ale nie jego całkowite zniknięcie, jak u nas AWS) . Ze sceny znika Juszczenko, Julia, zanim się pozbiera po porażce, przegrupuje szyki, będzie na drugim planie.Ale spokojnie.
 
Powtórka z Majdanu, czyli masowy bunt przeciwko wynikowi wyborów prezydenckich, nie wydaje mi się prawdopodobna. Tak samo jak jakieś inne wielkie wstrząsy polityczne. Myślę, że rację ci, którzy podkreślają, że mimo wszelkich słabości i kłopotów, demokracja ukraińska zaczyna działać. Jeśli przejęcie władzy prezydenckiej odbędzie się tak, jak w Polsce w 2005 roku, to będzie to kolejny dowód, że jest postęp.

Wystrzegajmy się w Polsce wobec Ukrainy podejścia wyższościowego, by nie powiedzieć brutalnie: quasi kolonialnego. Jak  na naród, który, poza krótkimi epizodami, może się cieszyć własnym państwem dopiero pierwszy raz w dziejach, Ukraińcy wykonali kawał roboty w polityce i gospodarce.

Marcin Wojciechowski ujął to w GW tak: Ukraina to jednak sukces; niezależnie kto wygra, Ukraina pozostanie ułomną ale jednak demokracją i dalej musi szukać rozwiązania dylematu: Europa czy Rosja. Tego za Ukraińców nie zrobią nawet Marsjanie (to z dowcipu ukraińskiego: mamy dwie opcje, jak wyjść z kryzysu: fantastyczne i realistyczne. Fantastyczne jest takie, że bierzemy się do roboty, a realistyczne, że przylatują Marsjanie i odwalają całą robotę za nas). 

Dowcip jest typowo słowiański: mieszanka goryczy, że nie jest tak, jak by mogło być, niechęci do własnego narodu na tym tle i niewiary we własne siły. Tymczasem Ukraina rządzona przez pomarańczowych, w tym premier Tymoszenko, nie zatonęła. Mirosław Czech przypomniał niedawno w Gazecie, że w żadnym momencie obecnego kryzysu ekonomicznego Ukrainie nie groziło bankructwo, a Kijów nie zadłużał finansów publicznych na polską modłę.

Ten sam publicysta zaznacza, że Ukraina wychodzi z politycznego romantyzmu, a polityka polska wobec Ukrainy, ta wytyczona przez Giedroycia, też nie ma być romantyczna, tylko pragmatyczna, co nie znaczy cyniczna.

Chodzi o to, by dzięki dobrym stosunkom z Ukrainą wzmocnić naszą pozycję w Moskwie, a dzięki solidnej pozycji w obu państwach umocnić pozycję Polski w drużynie UE. Zapewne byłoby Polsce łatwiej osiągać te cele, gdyby pomarańczowi byli silniejsi, gdyby Julia nie poróżniła się z Juszczenką tak żenująco, gdyby Juszczenko nie uległ banderowskiej pokusie nacjonalistycznej. Jeśli jednak obóz Janukowycza okazałby się rzeczywiście postromantyczny, to i z nim Warszawa może podjąć grę. Ale warkocza żal.
 
XXXX
Ten co zawsze, jeśli już się czymś męczę, to takimi polemikami jak Pańska i odsyłam od wpisu ivo; no war - odsyłam do wcześniejszego felietonu. MTR - pisałem o faszystach, a nie nazistach, chyba dostrzega Pan różnicę? bardzo Smutny Ateista: a to już mój słodki sekret, lecz z pewnością nie powinien on być ani tytułem do pesymizmu, ani do żadnych obaw. Co do możliwości i sposobów pojednania polsko-rosyjskiego, a to był wartościowy temat dyskusji pod blogiem, to mam wrażenie, iż nie ma rzeczy niemożliwych. Kiedyś wydawało się, że pojednanie i bardzo aktywna współpraca niemiecko-francuska to mrzonka. W Europie XXI w. wiele rzeczy politycznych i kulturowych wygląda inaczej niż w Europie po 1870 r., po I wojnie światowej, po II wojnie i po upadku bloku radzieckiedo. Bogumił - dzięki!