Z nimi nie ma rozmowy

Oglądałem ostatnio dwie rozmowy Moniki Olejnik z frontmenami obozu rządowego. W żadnym punkcie nie podjęli dialogu. Powtarzali pisowskie przekazy dnia, choć można by akurat po nich oczekiwać czegoś więcej.

Piszę o rozmowach z wiceministrem Szymańskim, przewidywanym ponoć na następcę p. Waszczykowskiego, i z wicepremierem Glińskim, który może zastąpić p. Szydło. 20 minut zmarnowanych. Ton i styl inny niż u Ziobry, treść ta sama. PiS prowadzi Polskę nie na manowce, tylko ku lepszemu.

Zajrzałem do rozmowy z prof. Zybertowiczem u nas w POLITYCE. Prowadzący ją Jacek Żakowski deklaruje: „chcę pana zrozumieć i przekonać, a nie zastrzelić”. Jednak rozmowa kończy się fiaskiem. Z trudem dobrnąłem do końca.

Gdy Jacek stwierdza, że ma wrażenie, że on z Zybertowiczem mają bardzo podobne marzenie o Polsce silnej, nowoczesnej, demokratycznej z kompetentną władzą, wolnymi mediami, sprawnymi sądami, to słyszy w odpowiedzi od Zybertowicza, że trzeba się zastanowić, czy demokracja ma przyszłość w Europie.

Jasne, można się zastanowić i nad tym, ale to nie jest odpowiedź na pytanie. Tak się właśnie rozmawia z liderami i zwykłymi sympatykami Polski Kaczyńskiego. Po co?

Zaglądam do wywiadu z prezydentem Dudą w „Rzeczpospolitej”. Zero treści politycznej, refleksji na dłuższą metę w szerszym, międzynarodowym kontekście.

Za to pełno banałów. Każdy się myli, stwierdza prezydent, trzeba pomyłkę naprawić. A konkretnie? Co z kryzysem trybunalskim? Czy prezydent uzna i naprawi swój błąd zaniechania w sprawie zaprzysiężenia trzech legalnie wybranych sędziów? Odpowiedź: to Platforma rozpoczęła dzisiejszy spór. Przekaz dnia.

I tak w kółko w mediach elektronicznych i papierowych. Zapraszanie polityków różnych opcji jest obowiązkiem dziennikarskim. Ale prywatnie nie widzę sensu w rozmowach z aktywistami obozu nowej władzy. Jeśli ich słucham, to z obowiązku zawodowego. Prywatnie nie mam do nich ciekawości.

Nie mam też poczucia jakiejś z nimi wspólnoty „marzeń o Polsce”. Moje marzenie nie jest narodowo-demokratyczne w jakiejkolwiek odmianie. Mam też kłopot ze „wspólnotą”, wypisywaną na sztandarach prawicy i lewicy. To słowo pachnie mi narzucaniem jakiegoś jedynie słusznego systemu wartości i stylu życia i wykluczaniem tych, którzy go nie podzielają. Po obu stronach naszego obecnego sporu.

Jest on sporem wielopoziomowym, od polityki po kulturę. O ile „nasza” strona usiłuje zrozumieć przeciwną, przeciwna zdolna jest w zasadzie tylko do obelg i insynuacji. Może kiedyś rozmowa będzie możliwa i ciekawa, ale to wymaga czegoś więcej.

Po pierwsze kultury polityczno-prawnej w państwie i którymkolwiek obozie rządzącym, po drugie – silnego społeczeństwa obywatelskiego. Ćwierć wieku, jak widać, to za mało. Marzy mi się, by w połowie XXI w. Polska już się obu tych rzeczy dorobiła.