Dwa marsze Obamy

Z  przejęciem i podziwem słuchałem rocznicowej mowy Obamy na cześć pastora Kinga. Jakaż potężna symbolika w tym, że pół wieku po I have a dream tę świetną mowę na cześć Kinga i jego ruchu obywatelskiego wygłasza ciemnoskóry prezydent USA.

Czarna i biała liberalna Ameryka czekała na tę scenę pół wieku. Długo? Nawet jeśli długo, to się doczekała i to jest dziś najważniejsze. Bardzo mi też imponuje, że Amerykanie jakoś umieją łączyć patos z radosną spontanicznością. Ileż by się od nich mogli nauczyć nasi organizatorzy masowej wyobraźni.

Ten sam Obama być może jutro albo w najbliższych dniach wyda rozkaz karnego ataku na Syrię. Kara za użycie przez reżim Asada broni chemicznej przeciwko cywilom ma być dotkliwa.

Najlepszy chyba wywiad świata, wywiad Izraela, nie ma ponoć wątpliwości, że do tej zbrodni doszło rzeczywiście i przekazał informacje na ten temat zachodnim sojusznikom.

Ale nauczony doświadczeniem Iraku Zachód jest ostrożny. Wolałby rezolucji Rady Bezpieczeństwa jako podkładki. I z pewnością nie wyobraża sobie regularnej wojny z Sadatem. Sczerze mówiąc, ja też. I choć uważam poparcie przez Polskę akcji zachodniej w Syrii za możliwe, to w sensie politycznym, a nie militarnym.

  
Tak czy owak, wygląda na to, że karny atak nie ma doprowadzić do natychmiastowego upadku tego reżimu. Inaczej mówiąc, dyktator ma dostać po łapach, ale zostać u władzy.
W tej sytuacji też jest pewna symbolika. Bo przecież zbliża się kolejna rocznica ataku na USA. Historia się nie skończyła.

 
Tak oto pokojowy noblista Barrack Obama idzie na raz w dwóch marszach. Pierwszy to ten amerykański: nie kończący się marsz na rzecz sprawiedliwości, godności, praw człowieka i wykluczanych społecznie w USA. I drugi: marsz Zachodu pod przewodem USA po ścieżce kolejnych wojen w świecie islamu. Czy te dwa marsze kiedyś się spotkają? Czy mogą się spotkać?