,,Złotówka”, czyli językowe walki z wiatrakami

,Podziwiam Tadeusza Mosza, który w TOK FM niezmordowanie przypomina, że polska waluta nazywa się złoty, a nie złotówka. Niestety, jak to bywa z don kiszotami, mogą się spodziewać nie medali za swą działalność, lecz raczej samych rozczarowań, a może i gorzej – zarzutów, że są maniakami. Dziś usłyszałem, jak narodową walutę nazwał złotówką sam premier Tusk w rozmowie z mediami. Premier!

I żeby było jasne: pożegnałbym się ze złotym bez większego patriotycznego bólu, bo uważam, że lepiej nam by służyło euro. Podobnie nie mam sentymentu do sił zbrojnych, mogą nas chronić europejskie armie mieszane. A już surrealne wydaje mi się wywalanie milionów na korwety czy okręty podwodne.

Ale tu piszę o grach językowych. Nie jestem tak zasadniczy jak Mosz. Naturalnie on ma rację, że złotówka to śmieć językowy, tyle że dosyć popularny, a przez to – na mocy prawa językowego zasiedzenia – funkcjonujący jako element współczesnej polszczyzny potocznej. Co z takimi kolokwializmami począć?

Jak polonista z wykształcenia i były wieloletni członek Rady Języka Polskiego przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk mam z tym kłopot. Z jednej strony, bardzo leży mi na sercu poprawność i czystość polszczyzny, z drugiej zaś dobiegam`sześćdziesiątki i tyle już się nasłuchałem różnych mód językowych, że nie mam złudzeń. To jest najczęściej walka z wiatrakami. Można i trzeba ustalać reguły poprawności językowej, ale narzucić ich się nie da, chyba że na papierze. Dziś Polacy uczą się swojego języka przede wszystkim z TV.

A w TV jest jak jest – to znaczy coraz gorzej. Poprawnie zbudowane i komunikatywne dłuższe zdanie zaczyna być na wagę złota. Podobnie z stylem i dykcją. Ton zaczynają narzucać reporterzy trajkoczący z szybkością karabinu maszynowego, nienaturalną intonacją, złym stawianiem akcentów, błędami wymowy wyrazów obcych, a często i rodzimych. Widać nikt ich tego nie uczy, ani nie wymaga jako warunku stanięcia z mikrofonem przed kamerą.

Pamiętam, jak moja żona kiedyś dziennikarka Polskiego Radia, przeżywała w początkach pracy swój egzamin na tak zwaną kartę mikrofonową, czyli prawo do występowania przed mikrofonem radia publicznego, czyli prezentującego, przynajmniej w teorii, wzorzec polszczyzny. I jak była dumna, że egzamin zdała i to przed samym Aleksandrem Bardinim.

Nie, nie nawołuję do jakichś licencji językowych w naszych mediach, choć w publicznych, i tylko w publicznych, nie miałbym nic przeciwko takim weryfikacjom. Przykro słuchać niektórych skądinąd miłych i młodych ludzi, kaleczących w nich nasz język, a czasem i uszy odbiorców, bo mają zwyczajnie nieskorygowane wady wymowy. Czy atrakcyjność fizyczna zepchnęła już na drugi plan inne cechy prezentera czy reportera TV? Czy to nie jest odrobinę upokarzające występować na antenie ze świadomością, że mnie pokazują nie dla tego, co mówię i jak mówię, ale dlatego, że uchodzę za osobę fizycznie atrakcyjną, więc przyciągającą widzów?

Moja prywatna językowa walka z wiatrakami skupia się od lat na ,,anglo-makaronizacji” polszczyzny, czyli zalewie kalek z potocznej angielszczyzny tam, gdzie nie ma to żadnego praktycznego uzasadnienia (np. Miłego dnia! lub W czym mogę pomóc?, Jeszcze raz ), z błędami językowymi takimi jak przyślij mi mejla (czy mówimy: przyślij mi lista?) i błędnymi pożyczkami językowymi.

W tych dniach na antenę wrócił potworek ,,taliban”, talibanów, talibański. Po polsku: talibowie, talibów, talibski. Jest to pożyczka z arabskiego, wyraz taliban – poprawnie używany w mediach anglojęzycznych – to liczba mnoga na oznaczenie uczniów szkół koranicznych. Podobnie głupim błędem jest tłumaczenie angielskiego wyrazu CLERIC jako kleryk, gdy w istocie należy tłumaczyć ,,duchowny”. Rozumiem, że początkujący reporter tego może nie wiedzieć, ale gdzie jest redaktor i wydawca materiału? Nie ma ich czy też nie wiedzą?

XXXX

Dziękuję za większość wpisów pod ostatnimi blogami. Szczególnie – Jacobsky, michrich, tuciu. Ale nie wszystkim. Liczę się z innymi poglądami niż moje, nie uważam, że jestem nieomylny, ale co innego różnica zdań, a co innego chamstwo, i to anonimowe. Dziękuję w tym kontekście tym, którzy poczuwają się do wyrazów solidarności z autorem. Autor ma zasadę taką, że na chamstwo niektórych wpisów nie reaguje i nie będzie reagował. nn – akcja pomocy niemieckiej dla Polski w stanie wojennym była zwykle organizowana przez parafie. Ludzie przynosili dary do parafii, stamtąd wieziono je do parafii w Polsce, a te parafie rozdzielały dary między swoich potrzebujących. Stąd b. często, zwłaszcza na początku, pomoc nie była adresowana indywidualnie. Proszę czytać ze zrozumieniem: twierdzę, że pod względem pscyhologicznym czy egzystencjalnym wszystkie wysiedlenia można ze sobą porównać, nie wnikam tu, kto kogo i dlaczego, to zresztą w Polsce chyba wszyscy wiemy. Wątpię, czy dla Niemca uciekającego z Prus czy Sudetów miało istotne znaczenie, czy jego prześladowcą jest Arrnia Czerwona, Armia Polska czy Czeska, UB czy Polacy cywile. Chciał przede wszystkim przeżyć, tak samo jak Polak – zwykle zresztą kolonista, a nie tubylec – prześladowany przez UPA. czy tak trudno choć na chwilę uwolnić się od polskiego syndromu ofiar i wykazać odrobinę międzyludzkiej empatii? Moja rodzina srogo ucierpiała od Niemców i Sowietów, ale nie wychowywano mnie w duchu zemsty i poczuciu zbiorowej odpowiedzialności Niemców i Rosjan. Ewka – bronię właśnie idei empatii, co nie znaczy, że zrozumieć znaczy zapomnieć i przebaczyć. Teatralne gesty takie jak Rokity w Monachium uważam za lustrzane odbicie mentalności takiej jak Steinbach: wszystko na pokaz, wszystko na sprzedaż.